Gdyby tydzień temu ktoś powiedział mu, że opuści swe ulubione biuro, domek, samochód, klub, aby tłuc się ciuchcią, starszą niż niejeden z kawałów opowiadanych w telewizji, poprzez góry, których nie zamieściłby żaden szanujący się atlas, wybuchnąłby śmiechem. Dziś jednak nie było mu wcale do śmiechu.

Jak powinien zachować się mężczyzna trzydziestopięcioletni, kawaler z umiarkowanymi nałogami, pracujący w Sekcji Reklamy Dużego Międzynarodowego Konsorcjum Obrotu Materiałami Różnymi, na widok czeku wystawionego na jego nazwisko, a opiewającego na milion dolarów? Próżno by szukać recepty w kącikach porad czy staroświeckich kodeksach honorowych.

– Czy jest pan przekonany, że to do mnie? – Meff, cokolwiek zdezorientowany, zwrócił się do doręczyciela, sądząc po twarzy, Portorykańczyka, którego uśmiech przylepił się cokolwiek na odwrót, to znaczy zagiętymi kącikami ust do dołu.

– Pan się zgadza, adres się zgadza, termin się zgadza, napiwek też się musi zgodzić – powiedział Latynos z akcentem charakterystycznym dla wiadomych regionów Morza Karaibskiego, i wyszedł. Obok czeku znajdowała się kartka. Na niej widniała data i adres owej dziwacznej miejscowości w kraju, który, jak podała informacja telefoniczna, leży gdzieś w Europie albo w Azji, przy czym nie wiadomo na pewno, czy jest to Sarmacja, Bohemia czy Transylwania.

Biuro podróży załatwiło przelot i pozostałe połączenia, przy czym zastrzegło, że końcowy etap Meff winien przebyć na własne ryzyko. Tak daleko bowiem nie sięgały macki Cooka czy Panamerican. Rzeczoznawca stwierdził autentyczność czeku, wystawionego zresztą anonimowo, za pośrednictwem jakiegoś szwajcarskiego banku.

– Ja się boję! – powiedziała Marion. – Po co ci to? (Marion była dziewczyną Meffa. Dziewczyną z zasadami, która nigdy by nie odwiedziła w domu samotnego mężczyzny. Dlatego współżyli zazwyczaj na biurku młodego pracownika Sekcji Reklamy, w ciągu krótkiego kwadransa, kiedy całe biuro pędem wybiegało na przerwę rekreacyjną).



2 из 242