
A poza tym do owej odległej miejscowości gnała go bezwzględna konieczność. W otrzymanej kopercie mimo dokładnego przetrząsania znajdowała się jedynie oddarta połowa milionowego czeku.
Z zamyślenia wyrwał go zdecydowany pisk kół. Jednoznaczność pisku wskazywała na koniec jazdy. Meff wstał i sięgnął po torbę podróżną. Przez chwilę dłoń jego błądziła po zakurzonych półkach, ale nie znalazła niczego poza jakimś dziesięciodniowym ogryzkiem. Zaklął. Walizka zniknęła. Zlustrował cały przedział, zajrzał pod ławki – wszędzie wiało pustką i smrodem. Przez całą drogę było chłodno, a teraz zaczynali grzać.
Uwędzą mnie, jeśli zostanę – pomyślał. Sprawdził portfel. Znajdował się na miejscu. Czek również. Chociaż to. Niemniej brak koszuli, baterii dezodorantów odczuł boleśnie. Okolica nie wyglądała na taką, w której można by otrzymać cokolwiek, nawet za waluty wymienialne.
Stacja, a właściwie rozwalająca się szopa, robiła wrażenie wyludnionej. Maszynista pospiesznie manewrował lokomotywą, sam przestawiając zwrotnicę, jakby chciał możliwie prędko powrócić na szlak. W poczekalni, czy raczej jej resztkach, buszowały dzikie koty. Może zresztą były to szczury? Tak szybko wyprysły spod nóg podróżnego, że nie zdążył przypomnieć sobie wiadomości z zoologii. Na okienku kasy wisiał napis: “Wracam w czwartek". Biuro zawiadowcy było nieczynne, toaleta również. Nigdzie nie było widać śladu żywej duszy, a na poręczach ławek rósł mech.
Maszynista skończył swe manewry i zadowolony mył ręce w kałuży.
– Coś mało pasażerów? – zagadał przyjaźnie Meff.
Odpowiedzią było milczenie.
– O której odjazd?
Gest wsiadającego maszynisty, starego człowieka o twarzy wilgotnej jak schnący ser, dowodził, że już. Teraz podróżny zauważył, że tory, zarośnięte trawą, pokryte są również grubą warstwą rdzy.
– Musicie rzadko tu przyjeżdżać?
Znów gest jednoznacznie wskazujący, że nie przyjeżdża się tu nigdy.
