
— Jesteś szalony! — powiedział Compor.
— Tak? No to chodź ze mną i posłuchaj.
Zeszli ze schodów. Byli ostatnimi, którzy opuszczali to miejsce. I kiedy Trevize wysunął się nieco do przodu, Compor poruszył bezgłośnie ustami rzucając w ślad za nim: „Głupiec!”
2.
Burmistrz Harla Branno przywołała zebranych na sesji członków Rady Wykonawczej do porządku. Nie zauważyła najmniejszego śladu zainteresowania na sali, ale nikt nie wątpił, że dokładnie odnotowała sobie wszystkich obecnych i wszystkich, którzy jeszcze nie przybyli.
Jej siwe włosy były starannie ułożone w stylu, który nie był ani wyraźnie kobiecy, ani nie naśladował męskiej fryzury. Był to po prostu sposób, w jaki się czesała, nic więcej. Jej rzeczowa twarz nie wyróżniała się pięknością, ale piękność jakoś nie była tym, czego szukano w jej twarzy. Była najzdolniejszym administratorem na planecie. Nikt nie posądzał jej nigdy o bystrość Salvora Hardina czy Hobera Mallowa, których rządy ożywiały historię pierwszych dwu stuleci istnienia Fundacji, ale też nikt nie mógł jej zarzucić żadnego z szaleństw dziedzicznych burmistrzów Indburów, którzy rządzili Fundacją tuż przed nastaniem Muła.
Jej przemówienia nie poruszały umysłów, nie miała też daru czynienia dramatycznych gestów, ale za to posiadała umiejętność podejmowania cichych decyzji i upierania się przy nich tak długo, jak długo była przekonana o swej racji. Nie miała charyzmy, ale miała talent przekonywania wyborców do tych właśnie cichych decyzji.
Ponieważ na mocy doktryny Seldona bieg historii jest bardzo trudno odwrócić (chyba że, o czym większość seldonistów — mimo przykrego incydentu z Mułem — zapomina, mamy do czynienia z czymś nieprzewidywalnym), stolicą Fundacji mógł w każdej sytuacji pozostać Terminus. Była to jednak tylko możliwość. Seldon, podczas swego dopiero co zakończonego pojawienia się w postaci pięćsetletniego hologramu, ocenił spokojnie stopień prawdopodobieństwa pozostania stolicy na Terminusie na 87,2 procenta.
