
Niemniej jednak, nawet dla seldonistów, oznaczało to, że możliwość przeniesienia stolicy w jakieś miejsce bliższe centrum Federacji Fundacyjnej, z wszystkimi strasznymi, zarysowanymi przez Seldona konsekwencjami takiego posunięcia, była prawdopodobna w 12,8 procenta. Ta możliwość nie stała się rzeczywistością z pewnością tylko dzięki pani burmistrz Branno.
Było pewne, że nigdy by do tego nie dopuściła. Mimo znacznego spadku popularności, trwała od dawna niezłomnie na stanowisku, że Terminus, który był od początku siedzibą Fundacji, powinien nią nadal pozostać. Przeciwnicy polityczni przedstawiali (dość udatnie, trzeba przyznać) w karykaturach jej wydatną szczękę jako grożący obsunięciem się granitowy blok.
I oto teraz Seldon poparł jej punkt widzenia i — przynajmniej w tej chwili — dawało jej to miażdżącą przewagę nad przeciwnikami. Mówiono, że przed rokiem wyznała, iż jeśli Seldon za swym następnym pojawieniem się poprze ją, to uzna, iż wypełniła swe zadanie i wycofa się z czynnego życia, kontentując się rolą zasłużonego polityka i nie ryzykując sławy, którą mogłaby utracić w dalszych walkach politycznych.
Prawdę mówiąc, nikt w to nie wierzył. Walka polityczna to był jej żywioł i teraz, kiedy pojawił się i znikł hologram Seldona, nic w jej zachowaniu nie wskazywało na to, że zamierza się wycofać.
Mówiła czystym głosem, nie starając się ukryć swego fundacyjnego akcentu (była niegdyś ambasadorem w Mandress, ale nie przyswoiła sobie starego, imperialnego sposobu mówienia, który był teraz tak modny i łączył się nierozerwalnie z quasi — imperialnymi ciągotami ku wewnętrznym Prowincjom).
— Kryzys Seldona został zażegnany.
