
– To był policjant z komisariatu. – Libling odczytywał wizytówkę leżącą przed nim na biurku. – Przyrzekł mi, że przekaże sprawę do Komendy Wojewódzkiej, bo mówiłem mu, że sprawa jest poważna. Chodzi w końcu o znanego profesora. Ale widzę, że nie dotrzymał słowa – ciągnął. – I dlatego pan nic nie wie!
– To nie znaczy, że nie chciałbym wiedzieć wszystkiego. Zwłaszcza – Pater zrobił pauzę – w zaistniałych okolicznościach.
– Kiepski jest przepływ informacji pomiędzy waszymi sekcjami – dyrektor uśmiechał się ironicznie.
– Mówiłem temu młodzieńcowi z policji, że powinien sprawę przekazać sekcji nieletnich i patologii, czy jak to się tam u was nazywa…
Zapadło milczenie. Wielki zegar wybił drugą po południu. Przez otwarte okno wpadła do pokoju osa i zaczęła niebezpiecznie krążyć wokół głowy Patera. Metalowe wnętrze zegara jeszcze brzęczało, bzyczała osa, doktor Libling krzywo się uśmiechał.
– Już się pan nacieszył chaosem w mojej głowie? – zapytał Pater uprzejmie. – Rzeczywiście, niczego nie wiem o niejakim Czekańskim. Nawet nie znam jego imienia.
– Profesor Jan Czekański – Libling mówił bardzo powoli – jest naszym pensjonariuszem. To wybitny naukowiec, medyk i antropolog. Jest emerytowanym profesorem chirurgii Akademii Medycznej w Gdańsku. Wykładał w Leeds, Oslo, chyba też w Wiedniu. Oprócz tego zajmuje się czymś z pogranicza medycyny i antropologii. Był ekspertem od tak zwanych ran symbolicznych. Profesor…
– Przepraszam, że panu przerywam… – Pater wpatrywał się w osę chodzącą po zielonym suknie stołu.
– Co to znaczy „rana symboliczna"?
– Powiedziałbym panu, gdyby mi pan nie przerywał – kwaśno zauważył Libling i czekał na reakcję Patera. Nie doczekał się jednak, toteż mówił dalej: – Nie będę wdawał się w szczegóły. Dam panu przykład ran symbolicznych. To obrzezanie, tak zwane sznyty więzienne…
– Skalpowanie też?
– Tak, skalpowanie niekiedy też.
– Widocznie w każdej zbiorowości znajduje się miejsce dla rzeźników, prawda? Podobnie… Źle się pan czuje, doktorze? – Pater wpatrywał się w Liblinga.
