
– Proszę zobaczyć – wydawało się, że Libling wpadł w trans – całodobowa opieka, sala rehabilitacyjna, w każdym pokoju telewizja satelitarna, na życzenie dostęp do internetu, biblioteka. Aha, i nie mówimy: „dom starców". Teraz są „domy opieki", „domy rodzinne", „domy złotego wieku". Żadnych starców i starości. Mówię to panu, bo zauważyłem, że pan nadkomisarz jest szczególnie wyczulony na zagadnienia poprawności językowej.
Pater oderwał wzrok od folderu.
– Czyli Maziarski mieszkał w „Edenie" niecały miesiąc?
– Tak.
– Wie pan, kto widział Maziarskiego ostatni?
– Właśnie Czekański – powiedział Libling.
– Dlaczego użył pan słowa „właśnie"?
– Pan jest z Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku?
– Tak – odpowiedział uprzejmie Pater – nadkomisarz, magister filologii polskiej Jarosław Pater, zastępca kierownika Komendy Wojewódzkiej. Już raz to panu powiedziałem, po wejściu do tego gabinetu. Wtedy też pokazałem panu legitymację. Wręczyłem wizytówkę, bo wiem, że się jeszcze spotkamy. – Chciał, by w ciszy, która na chwilę zaległa, mężczyzna w eleganckim garniturze usłyszał groźbę. – Co jeszcze mam zrobić? Napisać to wszystko sobie na czole?
– Rozumiem. – Dyrektor zmarszczył brwi i zaczął gorączkowo przeglądać szufladę biurka. Wyjął z niej w końcu jakąś wizytówkę i uderzył się w czoło otwartą dłonią. – Już wiem, dlaczego pan nic nie wie o Czekańskim! I o tym, że zaczął otrzymywać dziwne, rzekłbym, esemesy.
– O kim? Byłbym wdzięczny, gdyby pan doktor powiedział mi wszystko o tym, czego nie wiem.
