
Staliśmy nieskończenie długo i wypatrywaliśmy czarnej sylwety „Muromca” na horyzoncie. Potem z błękitnego nieba sfrunął helikopter. Z helikoptera wysiadło trzech ludzi i skierowało się ku nam. Na przedzie szedł wysoki, chudy człowiek w zniszczonym kombinezonie. Miał tylko jedną rękę i twarz jego przypominała maskę z gipsu, ale to był mój mąż — najodważniejszy i najpiękniejszy człowiek na świecie. Krzyknęłam i pobiegłam ku niemu. Rzucił się na moje spotkanie. Tego dnia nie oddałam go nikomu. Zamknęłam drzwi i wyłączyłam wideofon. Może nie powinnam była tak postępować. Przecież na Walę czekała cała planeta. Ale ja czekałam najwięcej.
— Było ci trudno? — zapytałam.
— Nam było bardzo trudno, Różenko — odpowiedział.
— Kochałeś mnie tam?
— Kochałem cię wszędzie. Tam została planeta, której nadałem twoje imię. Ale już nie wiem gdzie. Tam został Porta. I moja ręka też tam została. To była zła planeta, Różenko.
— Czemuż więc nadałeś jej moje imię?
— Nie wiem. W gruncie rzeczy to był wspaniały świat. Ale drogo nas kosztowało zdobycie go.
Uśmiechał się i wydawało mi się, że jest taki sam, jak przed dziesięciu laty na brzegu morza w Teriokach. Położyłam mu ręce na ramionach i spojrzałam mu w oczy.
— Jak ci się udało wrócić, Wala? Odpowiedział:
— Bardzo chciałem, Różenko. Kocham cię bardzo, dlatego wróciłem. No i oczywiście pomogła fizyka.
Astronauta Walentin Pietrow
Trzecia Gwiezdna Ekspedycja rozpoczęta.
