
— Dosyć, Wala — powiedział Sierioża. Poczołgaliśmy się do kabiny sterowniczej. Tam stał, tak, stał, Saburo z opadniętą dolną szczęką.
— Dosyć, Saburo — powiedziałem. Sierioża próbował się podnieść, ale znów upadł twarzą na podłogę.
— Dosyć — powtórzył. — Z Portą jest źle. Może umrzeć. Wyłącz reaktor, Saburo.
— Do trzykrotnego — powiedziałem.
Saburo, ledwo poruszając palcami, poskrobał paznokciami po pulpicie. I zrobiło się lekko. Zdumiewająco lekko.
— Trzykrotne — rzekł Saburo i usiadł obok nas na miękkiej podłodze. Poleżeliśmy chwilę, przywykając, potem wstaliśmy i skierowaliśmy się do mesy. Było nam o wiele lżej, ale spojrzeliśmy na siebie i z powrotem opuściliśmy się na czworaki.
Czas mijał. Szybkość własna
Porta poczuł się lepiej, dużo czytał i zajmował się teorią grawitacji. Od czasu do czasu kładliśmy go na parę tygodni do „sarkofagu”, ale to mu się nie podobało — nie chciał tracić czasu. Larri i Artur przeprowadzali obserwacje astronomiczne, Siergiej, Saburo i ja pełniliśmy dyżury. W przerwach między dyżurami obliczaliśmy bieg czasu w warunkach różnych układów przyśpieszenia i różnych indywidualnych hipotez. Larri zmuszał nas do gimnastykowania się i pod koniec pierwszego roku mogłem już bez większego wysiłku podciągnąć na drążku swoje dwa cetnary.
