
Lecieliśmy do tej gwiazdy cztery lata i znów straszliwe przeciążenia przyciskały nas do podłogi i dusiliśmy się w amortyzatorach. Ale mimo wszystko czuliśmy się znacznie lepiej niż na początku podróży. Widocznie jednak przystosowywaliśmy się. I dolecieliśmy do żółtego karła WK 71016.
Tak, gwiazda WK 71016 miała układ planetarny. Cztery planety, z których jedna posiadała atmosferę z tlenem i była trochę większa od Ziemi. Była to piękna planeta, zielona jak Ziemia, pokryta oceanami i rozległymi równinami. Nie znaleźliśmy na niej istot rozumnych, ale życia było pełno. Powiedziałem, że chcę ją nazwać imieniem Różeny. Nikt nie protestował. Ale planeta powitała nas tak, że wzdrygam się na samo wspomnienie o niej. Przyjęła nas wprost ohydnie. Porta tam został, nie wiemy nawet, gdzie jest jego grób, i została tam moja ręka, a Sierioża Zawiałow i Saburo Mikimi byli tak wyczerpani, że nie wytrzymali drogi powrotnej.
Spieszyło się nam bardzo. Pragnęliśmy trafić jeszcze w nasze czasy i do samego końca nie wiedzieliśmy, czy doświadczenie się udało. Trzy lata pędziliśmy z siedmiokrotnym przeciążeniem i o tym nie chcemy nawet wspominać. Potem odpoczywaliśmy rok na trzykrotnym przyśpieszeniu. „Muromiec” źle słuchał sterów i byłem zmuszony do lądowania wprost na Ziemię z pominięciem stacji nadziemnej. Było to upokarzające, ale nie chciałem ryzykować. Wylądowaliśmy pomyślnie. Długo nie mogliśmy się zdecydować na opuszczenie statku, a potem wsiedliśmy do swego helikoptera i polecieliśmy do ludzi. I dopiero na widok Różeny zrozumiałem, że doświadczenie się udało.
Okrutne, trudne doświadczenie, ale się udało. Przywieźliśmy nowe światy naszym współczesnym. Może cały wszechświat, jak marzył Larri Larsen.
