
Zamyślił się.
— Dobra — powtórzył. — Muszę już iść. Ale nie ruszył się z miejsca.
— Napijmy się jeszcze — zaproponowałem.
— Daj.
Wypiliśmy jeszcze po kieliszku wina.
— No cóż — powiedział Pietrow. — Przed nami był Gorbowski, a przed Gorbowskim Bykow. Lecę trzeci. Szykują się jeszcze dwie ekspedycje. Dziesięć lat podróży, no, najwyżej piętnaście.
— Oczywiście — odparłem. — Einsteinowska względność czasu i tak dalej.
Wala wstał.
— Odprowadzisz mnie na lotnisko, Sania? — zapytał.
Skinąłem głową. Wala poprawił beret i skierował się do wyjścia. Przy drzwiach zatrzymał się.
— Dziękuję — powiedział.
Nic na to nie odpowiedziałem. Nie mogłem wykrztusić słowa.
Prócz Pietrowa na „Muromcu” leciało jeszcze pięciu astronautów. Trzech spośród nich znałem — Larri Larsena, Siergieja Zawiałowa i Saburo Mikimi. Odprowadzających było dziewięcioro. Na jakąś godzinę przed startem usiedliśmy wszyscy w mesie. Na Cyfeuszu nie było siły ciążenia i założono nam buty z namagnesowanymi podeszwami. Różena i Wala trzymali się za ręce. Różena bardzo się zmieniła w ciągu ostatnich dni. Schudła, wydawało się, że ma jeszcze większe oczy. Była piękna. Wala trzymał jej dłoń w swojej ręce i uśmiechał się. Miałem wrażenie, że w myśli mknie już z nieprawdopodobną szybkością wśród dalekich gwiazd. Oboje milczeli. Raz tylko Różena powiedziała coś półgłosem i Pietrow pogłaskał jej rękę.
Pozostali milczeli również. Młodziutka dziewczyna w pomarańczowej sukience, odprowadzająca jakiegoś nie znanego mi astronautę, od czasu do czasu cichutko szlochała.
Nieraz już zdarsało mi się żegnać ludzi odlatujących w Kosmos. Pozostałym zapewne też. Ale dziś była szczególna sytuacja. Z tą szóstką żegnaliśmy się na zawsze. Pomyślałem, że gdy wrócą, nie zastaną przy życiu nikogo z nas — ani mnie, ani Różeny, ani dziewczątka w pomarańczowej sukience. Tę szóstkę powitają już przyszłe pokolenia. Możliwe, że będą to nawet ich potomkowie.
