— Nie martw się — powiedział głośno Wala.

— Ja się nie martwię — odpowiedziała Różena.

— To przecież bardzo potrzebne.

— Rozumiem.

— Nie — odparł Pietrow. — Nie rozumiesz, Różenko. Wcale nie rozumiesz. I Aleksander też nie rozumie. Siedzi i myśli: „No i po co oni to robią?” Prawda, Sania?

Śmiał się. Nie, nie odgadł moich myśli. Znałem Walę od dziecka i bardzo go lubiłem. Ale byliśmy zupełnie różnymi ludźmi. Pietrow był zawsze trochę fanfaronem i pozerem. Wszystko mu się udawało i przyzwyczaił się do tego. Z uśmiechem balansował na skraju przepaści. Z pewnością zachwycał się sobą, że taki jest wesoły, beztroski, szczęściarz. Wyobraziłem sobie, że za półtorej setki lat również zejdzie na Ziemię z wesołym uśmiechem, uderzając po zniszczonym bucie laseczką wyciętą na Bóg wie jakiej planecie.

Do mesy wszedł jasnowłosy, opalony młodzieniec i oznajmił:

— Już czas, towarzysze.

Podnieśliśmy się. Dziewczyna w pomarańczowej sukience załkała głośno. Spojrzałem na Różenę i Pietrowa. Objęli się i Wala zanurzył twarz w jej włosach.

— Zegnaj, łasiczko — powiedział. Różena milczała.

Odeszła na bok i próbowała poprawić uczesanie. Włosy jej nie słuchały.

— Idź — powiedziała. — Idź. Nie mogę już. Proszę cię, idź. — Mówiła niskim, niezwykle matowym głosem. — Żegnaj.

Pietrow pocałował ją i cofnął się ku wyjściu. Cofał się, klapiąc żelaznymi podeszwami i patrzył na nią nie odwracając oczu. Twarz mu zbielała, wargi miał też zupełnie białe. Przy wejściu zasłonił go barczysty Larri Larsen, następnie nieznajomy astronauta, którego odprowadzała dziewczyna w pomarańczowej sukience, wreszcie Sierioża Zawiałow.

— Do widzenia, Różenko — powiedział Pietrow.

Dopiero później uprzytomniłem sobie, że powiedział „do widzenia”, i pomyślałem, że— się przejęzyczył.



3 из 237