
— Inercjalne gazy?.Hm, z glebą nie mogły się połączyć… Powiedz, czyście nie próbowali wówczas zmusić do lądowania lub strącić tych „rakietek”?
Nowak milczał przez chwilę, po czym odrzekł głucho:
— Próbowaliśmy… Za pomysł ten zapłacili życiem Piotr Sławski i Anna. Wznieśli się na stratoplanie, by rozwiesić metalowe sieci. „Rakietki” uszkodziły śrubę stratoplanu…
— Antoni… — Sandro zawahał się — powiedz: bardzo kochałeś Annę? — Nowak poruszył się w ciemnościach, lecz nic nie odrzekł. Sandro zmieszał się. — Wybacz, Toni, głupio spytałem…
W tej chwili półtoragodzinna noc dobiegała końca. Najbliższa wyskoczyła zza horyzontu. Przez znajdujący się na przeciwległej ścianie iluminator chlusnął jak z reflektora snop jaskrawego światła. Wydobył z ciemności ostro zarysowane kontury dwóch siedzących w fotelach postaci. Jedna z nich — masywna, z mocno osadzoną i pochyloną w zadumie głową; połyskiwały siwe, jakby wykute w marmurze włosy; oczy kryły się w czarnych cieniach brwi. Druga — młodzieńczo wysmukła — spoczywała w fotelu z głową odrzuconą do tyłu; na jasnym tle ostro rysował się profil: uparte czoło, cienki, lekko garbaty nos, miękkie linie ust i podbródka. Jaskrawe smugi światła wydobywały z ciemności część pulpitu z przyrządami, stojak z na pół przezroczystymi niezgrabnymi figurami, dół obciągniętej skórą ściany.
Na zewnątrz — skały zapłonęły wielobarwnym blaskiem. Nowak potrząsnął głową i wstał.
— Czas już, chłopcze. Przygotuj się, pójdziemy zbierać minerały. — Potem lekko rozwichrzył na głowie Sandra czarne włosy. — Ach ty! Czy można kochać „nie bardzo”?
