
— To wczoraj, kiedy ich „rakieta” pikowała wprost na mnie — mruknął Nowak. — Uniosłem głowę… Aha, a teraz ty.
Tak, to była głowa Sandra Reeda, w przezroczystym hełmie skafandra. Rysy twarzy były karykaturalnie zniekształcone… Potem ukazała się na ekranie cała grupa: Maksym Licho, Patrick Loy i Juliusz Torrena — nisko schyleni posuwali się pod kątem ostrym do powierzchni planety… Znowu zamigotały jakieś symbole. Za nimi na ekranie ukazała się lecąca „rakietka”. Widać było wyraźnie cztery ostre wypukłości na dziobie, pasy ciągnące się jak żebra wzdłuż cygarowatego kadłuba, zakończonego trzema płaskimi skrzydełkami, które przypominały stabilizator bomby dużego kalibru. „Rakietka” znikła. Zamiast niej na ekranie pojawiła się skupiona twarz Lo We ja o zmrużonych oczach i rozwichrzonych nad czołem prostych, twardych kosmykach włosów. Potem ekran zgasł.
— Przecież Lo Wej nie wysiadał z astrolotu! — krzyknął Sandro. — Jakim więc cudem?…
— To znaczy, że oni obserwują i nasz statek kosmiczny. Lo niejednokrotnie wychodził na zewnątrz, by skontrolować reflektory.
— Obserwują… — posępnie warknął Sandro. — A dlaczego sami się nie pokażą? Boją się nas czy co? Gdzież oni są? I jacy są? Dlaczego w tych wizjo — informacjach nigdy się nam nie pokażą? Tylko „rakietki”… Powiedz, Toni, czyście podczas pierwszej wyprawy też ich nie widzieli?
— Nie. Tylko „rakietki”. Zresztą wówczas te latające aparaty bardziej podobne były do samolotów o dużej szybkości niż do rakiet. Posiadały skrzydła i latały wykorzystując opór powietrza… No tak, ale wtedy była atmosfera składająca się głównie z inercjalnych gazów. Były piękne, mieniące się czerwono — zielonymi barwami zachody i wschody Najbliższej. Gdzież się mogła podziać atmosfera w ciągu zaledwie dwudziestu lat, nie mam pojęcia.
