
Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć, i Wala zapytał:
— Gniewasz się?
Pocałowaliśmy się. Zostałam w Teriokach i był to najszczęśliwszy tydzień w moim życiu. Tak stałam się żoną astronauty.
Stopniowo coraz lepiej poznawałam Walę. Był zawsze wesoły, miły, łagodny. („Łagodny! — oburzył się kiedyś Sierioża Zawiałow. — Wszyscy jesteśmy łagodni, gdy mamy nad głową błękitne niebo. Zobaczyłabyś swego Walusia, gdy» Nawoi «wpadł w potok meteorytów—…”) Był zupełnie wyjątkowym człowiekiem. Nawet wśród jego przyjaciół nie znałam żadnego, który mógłby się z nim równać. Oczywiście nie on jeden był taki, ale ja nigdy nie spotkałam nikogo podobnego do niego.
Gorąco kochał swój zawód i śledził wszystkie najnowsze zdobycze teorii i techniki. Ale dość prędko odkryłam, że jego najistotniejsze zainteresowania dotyczą jakiejś innej dziedziny. W przerwach między rejsami (a zapewne i podczas rejsów) studiował wyniki najnowszych badań z teorii grawitacji, z mechaniki asymetrycznej, ze specjalnych dziedzin matematyki. Zbierali się u nas jego przyjaciele i potrafili dyskutować całe noce w okropnym rosyjsko — francusko — chińsko — angielskim żargonie. Mieli jakieś niesłychane plany, ale nie próbowałam nawet zrozumieć, o co chodzi.
Cztery lata temu pewnego wiosennego wieczoru Wala zapytał, co bym powiedziała, gdyby wziął udział w ekspedycji do gwiazd. Wiedziałam, co to są ekspedycje gwiezdne; w ostatnich czasach wiele o nich mówiono i pisano. Statek ulatuje z szybkością bliską prędkości światła w dalekie światy i wraca po upływie setek lat. Powiedziałam:
— Wtedy umrę.
Wiedziałam, że umrę, jeżeli on mnie na zawsze opuści. I dodałam:
— Nie zrobisz mi tego. Proszę cię, nie rób tego. Spojrzał na mnie z lękiem i wciągnął głowę w ramiona.
Potem powiedział z uśmiechem:
— To jeszcze nieprędko.
Zrozumiałam, że już się zdecydował. Ta rozmowa legła cieniem na całe moje życie. W dwa lata później wystartowała Pierwsza Wyprawa Gwiezdna. Dowodził nią najbliższy przyjaciel Wali, Antoni Bykow. W rok później odleciał Gorbowski. Wala powiedział mi:
