
Dziesięć lat temu dawaliśmy koncert w sanatorium dla astronautów w Teriokach. Mieliśmy nieludzką tremę przed występami w obliczu ludzi najodważniejszych w świecie. Znacznie większą niż wobec zwykłych słuchaczy. Zwłaszcza że co trzeci z nich był artystą, co piąty — uczonym, a co dziesiąty i artystą, i uczonym zarazem. Nadeszła moja kolej, zaśpiewałam „Pieśń Solvejgi” i „Hymn do gwiazd”. Zdaje się, że mi się udało, bo mnie wielokrotnie wywoływano.
Podczas obiadu po koncercie znalazłam się obok młodego astronauty. Przez pewien czas milczał, a potem powiedział:
— Spodobał mi się pani śpiew.
— Dziękuję — odparłam. — Bardzo się starałam. Wiedziałam, że spodobał mu się nie tylko mój śpiew. On mi się również podobał. Był wysoki, niezbyt zgrabny, o chudej, opalonej twarzy. Twarz ta była nieładna i bardzo sympatyczna. Śliczne były tylko mądre, wesołe oczy, chociaż zauważyłam to prawdopodobnie o wiele później. Miał dwadzieścia pięć lat. Zapytałam go, jak się nazywa.
— Pietrow — powiedział — Dokładniej: Walentin Pietrow.
Podrapał się w czubek nosa i dodał:
— Ale pani niech mnie nazywa po prostu Walą. Dobrze?
Spojrzał na mnie jakby z lękiem i nawet wciągnął głowę w ramiona. Roześmiałam się. Był uroczy.
— Dobrze — odpowiedziałam. — Będę pana nazywać po prostu Walą.
Potem tańczyliśmy, a gdy zapadł zmrok, poszliśmy nad morze. Staliśmy zwróceni twarzą w stronę żółtoczerwonego zachodu słońca. Wala opowiadał mi o ostatniej — nieudanej — ekspedycji na Ganimeda. Słuchałam go i wydawało mi się, że nikomu na świecie poza mną nie opowiedziałby w ten sposób o swoim błędzie, który był przyczyną niepowodzenia wyprawy. Słuchałam, patrzyłam w zachodzące słońce i nade wszystko pragnęłam powiedzieć Wali coś dobrego, serdecznego. Ale nie mogłam jeszcze się odważyć. Wala stanął i powiedział:
— Kocham cię, Różeno.
