— To musi być bardzo zabawne — usłyszał głos.

Niemal wyskoczył ze skóry. Jak ktoś mógł do niego tak podejść niepostrzeżenie? Jednak nie pokazał po sobie, że jest zaskoczony. Może i serce biło mu szybciej w piersi, ale odczekał długą chwilę, zanim się obejrzał. I miał minę tak obojętną, że bardziej niewzruszony może być tylko trup.

Łysy człowiek, stary, w skórach. Calvin znał go, oczywiście: wędrowiec i czasem gość zwany Bajarzem. Jeszcze jeden z tych, co wierzą, że świat zaczyna się od Boga i kończy na Alvinie. Calvin zmierzył go spojrzeniem od stóp do głów. Skóry były już chyba tak stare, jak ich właściciel.

— Czy zerwaliście to ubranie z dziewięćdziesięcioletniego jelenia, czy może wasz ojciec i dziadek nosili je przez całe życie, że jest takie wytarte?

— Noszę je tak długo — odparł starzec — że czasem posyłam je załatwiać rozmaite sprawy, kiedy jestem zajęty. I nikt nie widzi różnicy.

— Chyba was znam — oznajmił Calvin. — Jesteście stary Bajarz.

— To ja. A ty jesteś Calvin, najmłodszy syn starego Millera. Calvin czekał. I doczekał się:

— Młodszy brat Alvina.

Zwinął się siedząc i rozwinął stojąc. Lubił swój wzrost. Podobało mu się, że patrzy z góry na łysą głowę starca.

— Wiecie, staruszku, gdybyśmy mieli jeszcze jednego takiego jak wy, moglibyśmy ustawić wasze różowe głowy obok siebie, a wyglądalibyście jak tyłek niemowlaka.

— Nie lubisz, kiedy cię nazywają młodszym bratem Alvina, co? — domyślił się Bajarz.

— Wiecie, gdzie wam dadzą coś do jedzenia — rzucił Calvin i ruszył przez łąkę. Nie myślał o żadnym kierunku, więc wkrótce zwolnił kroku i przystanął. Rozejrzał się, żałując, że nie ma nic, czym chciałby się zająć.



12 из 372