
Staruch był tuż za nim. Niech to diabli, ależ cicho chodzi! Calvin musi pamiętać, żeby uważać na ludzi. Alvin robił to odruchowo, do licha, i Calvin też by potrafił, gdyby tylko pamiętał, że ma pamiętać.
— Usłyszałem, że się śmiejesz — powiedział Bajarz. — Kiedy pierwszy raz podszedłem.
— No to chyba nie jesteście jeszcze całkiem głusi.
— Widziałem, jak patrzysz na młyn i chichoczesz. Pomyślałem: co ten chłopak widzi śmiesznego w młynie, który kołem nie kręci?
Calvin spojrzał mu w oczy.
— Urodziliście się w Anglii, prawda?
— Tak.
— A potem mieszkaliście w Filadelfii? Poznaliście starego Bena Franklina?
— Niezłą masz pamięć.
— To czemu gadacie jak farmer z pogranicza? Wy wiecie i ja wiem, że powinno być „młynie, którego koło się nie kręci”, ale tu gadacie złą gramatyką, jakbyście nigdy do szkół nie chodzili, a wiem, że chodziliście. Czemu nie mówicie jak inni Anglicy?
— Czułe ucho, bystre oko — mruknął Bajarz. — Czułe na szczegóły. Nie bardzo na ogólny obraz, ale szczegóły owszem. Zauważyłem, że ty także mówisz gorzej, niż potrafisz.
Calvin zignorował obelgę. Nie pozwoli, żeby ten staruch zagadał go swoimi sztuczkami.
— Pytałem, dlaczego gadacie jak farmer z pogranicza.
— Wiele czasu spędziłem na pograniczu.
— Ja wiele czasu spędziłem w kurniku, a przecież nie gdakam.
Bajarz uśmiechnął się.
— A jak myślisz, chłopcze?
— Myślę, że gadacie jak ludzie, którym powtarzacie swoje kłamstwa, żeby wam wierzyli i myśleli, że jesteście jednym z nich. Ale to nieprawda; nie jesteście znikąd. Jak szpieg okradacie ludzi z nadziei, marzeń, pragnień, wspomnień i wyobrażeń o innych, i zostawiacie im w zamian tylko kłamstwa.
Bajarz był wyraźnie rozbawiony.
— Skoro taki ze mnie zbrodniarz, to czemu nie jestem bogaty?
