Zresztą dlaczego mieliby go szukać? Alvin uważał, że Calvin nic nie jest wart. Nie jest wart nauczania. To jak miałby być wart pościgu?

Wolność była zawsze tylko o kilka kroków ode mnie, pomyślał Calvin. Wystarczyło tylko zrozumieć, że Alvin nigdy nie uzna we mnie prawdziwego przyjaciela i brata. Bajarz mi to uświadomił. Powinienem mu podziękować.

Na szczęście przekazałem mu już wszystkie wyrazy wdzięczności, na jakie zasłużył.

Calvin zachichotał. Potem odwrócił się i znów ruszył do lasu. Idąc między drzewami, próbował poruszać się tak cicho, jak Alvin — sztuczka, jakiej nauczył się od dzikich Czerwonych, zanim zrezygnowali i ucywilizowali się albo przeszli przez Mizzipy do pustej krainy na zachodzie. Jednak mimo wysiłków Calvin cały czas hałasował i łamał gałązki.

Na pewno Alvin też robi dużo hałasu, tłumaczył sobie. Wykorzystuje tylko swój talent, by ludzie myśleli, że idzie cicho. Bo kiedy wszyscy myślą, że jesteś cichy, to jesteś, prawda? Przecież to żadna różnica.

Całkiem to podobne do tego hipokryty Alvina: każe nam wierzyć, że jest w harmonii z zielonym życiem, a naprawdę jest niezgrabny jak wszyscy. Ja przynajmniej nie wstydzę się uczciwego hałasu.

Z tą myślą Calvin ruszył przez gąszcza, łamiąc gałęzie i przy każdym kroku szeleszcząc liśćmi.

ROZDZIAŁ 3 — OBSERWATORZY

Kiedy Calvin wyruszał w swoją podróż bez celu, starając się nie myśleć przy każdym kroku o Alvinie, ktoś inny już był w podróży i także starał się wypchnąć Alvina z pamięci. Na tym jednak kończyły się podobieństwa. Tą drugą osobą bowiem była Peggy Larner, która znała Alvina lepiej i kochała bardziej niż ktokolwiek inny. Jechała właśnie powozem po polnej drodze w Appalachee i była przynajmniej tak samo nieszczęśliwa jak Calvin. Różnica polegała na tym, że o swoje nieszczęścia winiła tylko siebie samą.



21 из 372