Kiedy wsuwał papier z powrotem do kieszeni, zaczęło padać. Rozejrzał się: w pobliżu nie było ani jednej kawiarni, gdzie mógłby wygodnie usiąść, nie dostrzegł też żadnego drzewa, pod którym znalazłby schronienie przed deszczem. Wokół rozpościerała się pustynia bogactwa – rezydencje dziedziczone z pokolenia na pokolenie. Gdyby zbyt długo tkwił na chodniku, zapewne aresztowano by go za włóczęgostwo.

Wyciągnął komórkę i wystukał numer Isherwooda. O tej porze zapewne wciąż znajdował się w drodze do galerii. W oczekiwaniu na połączenie Gabriel wyobraził sobie Isherwooda, zgarbionego nad kierownicą błyszczącego jaguara i sunącego przez Piccadilly w taki sposób, jakby pilotował tankowiec pełen ropy płynący po zdradliwych wodach.

– Wybacz, ale obawiam się, że nastąpiła zmiana planów. Gość, który miał cię przywitać, musiał nagle wyjechać z miasta. Jakaś pilna sprawa. Dobrze wiesz, jacy bywają Szwajcarzy, kwiatuszku.

– Co mam teraz zrobić?

– Przesłał mi kody do bramy i drzwi frontowych. Możesz wejść do środka. Na stole w przedpokoju powinien leżeć list do ciebie. Znajdziesz w nim wyjaśnienie, gdzie szukać obrazu i gdzie się możesz zatrzymać.

– Dość nietypowe, przyznasz.

– Uważaj się za szczęściarza. Zdaje się, że przez dzień lub dwa będziesz sam się zajmował domem i nikt ci nie będzie zaglądał przez ramię podczas pracy.

– Chyba masz rację.

– Podam ci kody. Masz przy sobie coś do pisania? Są dość długie.

– Po prostu mi je odczytaj, Julian. Leje jak z cebra, a ja przemokłem już do suchej nitki.

– Ach, tak. Ty i te twoje sztuczki. W mojej galerii pracowała kiedyś dziewczyna, która też to potrafiła.

Isherwood wytrajkotał dwa kody, każdy po osiem cyfr, i się rozłączył. Gabriel uniósł słuchawkę i wystukał pierwszą sekwencję, a gdy rozległ się dźwięk brzęczyka, przekręcił gałkę i wszedł przez bramę. Przy drzwiach wejściowych do domu powtórzył procedurę i chwilę później stał w pogrążonym w półmroku przedpokoju, usiłując wymacać włącznik światła.



13 из 271