
Nie pamiętała już dokładnie, kiedy sobie to uprzytomniła. Miała wrażenie, że wiedziała o tym od zawsze i na zawsze chciała tę wiedzę za wszelką cenę zatrzymać tylko dla siebie.
Bardzo, bardzo wcześnie pojęła, że ludzie lubią grzeczne, wesołe i posłuszne dzieci. Była więc grzeczna, wesoła i posłuszna. Na pozór. I szalenie ją to bawiło. Kiedy czasami układność i posłuszeństwo za bardzo dawały jej się we znaki, po cichu mamrotała wiązankę przekleństw, co przynosiło jej ulgę. Przeklinać nauczyła się od parobków we dworze, przejawiała przy tym niezwykłą zdolność wychwytywania wyrażeń najordynarniejszych, najbardziej szokujących. Przechowywała je głęboko w sercu na samotne odświętne chwile.
Jak wielu jej przodków, między innymi Sol, Tula kochała swych rodziców. Wprost fanatycznie! Równie mocnym uczuciem darzyła ojca matki, dziadka Arva. Byli jej najlepszymi przyjaciółmi na świecie i niech się strzeże ten, kto ośmieliłby się skrzywdzić dziadka czy babcię Siri, mamę Gunillę czy też tatę Erlanda. Gniew Tuli mógł być straszliwy, a zemsta okrutna – z ukrycia, oczywiście.
Żyło w jej otoczeniu mnóstwo ludzi, których nie lubiła. Uważała natomiast, że członek parlamentu Arvid Posse, dziedzic na dworze Bergqvara, jest miłym staruszkiem. Mógł spokojnie pławić się w łaskach Tuli, choć, rzecz jasna, on sam o tym nie wiedział.
Mieszkańcy Bergqvara wielu rzeczy nie wiedzieli o Tuli.
Na przykład ta historia z parobkiem o chytrych, wąskich jak szparki oczach, który przybył na dwór i tu znalazł zatrudnienie. W tym czasie Tula miała mniej więcej pięć lat, była pulchna i tak śliczna, że kobiety na jej widok świergotały: „Jest tak słodka, że można ją zjeść”.
Nikt nie pamiętał, że nowy parobek należał kiedyś do złodziejskiej bandy, której członków dawno temu ówczesny sędzia Posse skazał na ciemnicę. Od tego wydarzenia minęło wiele lat, Posse zapomniał już o tym człowieku, a i ten przecież z młodzieniaszka przeobraził się w mężczyznę w średnim wieku o popsutych zębach i wiecznie nie dogolonych resztkach brody. Poza tym dziedzic rzadko miał do czynienia ze swymi parobkami, o pracowników martwił się zarządca.
