
– Fakt – przyznałem zaskoczony. – Skąd pan wie? W żadnej baśni nie robiłem geograficznego wykładu.
– A co pan powie na to?
Tu profesor wygrzebał z kieszeni starą monetę, na której rewersie dostrzegłem amirandzki trapez z wpisanym weń centaurem, a na awersie tłuste oblicze jakiegoś władcy, z na wpół zatartymi literami Rodrigus ąuintus regentus amirandiensis.
– Zręczny falsyfikat – roześmiałem się – doskonale wykonany, chyba z ołowiu, bo ciężki jak złoto.
– To złoto najwyższej próby – powiedział tonem lekko urażonym profesor.
– Zresztą to nie jest jedyny okaz w moim posiadaniu. Niech pan wpadnie po obradach do mojego pokoju.
Nasz hotel leżał nie opodal targowiska i równie blisko historycznego centrum, teraz zatopionego w południowym żarze. Większość kolegów z naszej delegacji udała się do miasta, już to poznać uroki kolebki cywilizacji, już to wzbogacać miejscową ludność w żelazka elektryczne, namioty i śpiwory. Pozostaliśmy sami. Leniwie warczał wentylator, na suficie przycupnęła mała antygrawitacyjna jaszczurka. HSP miał już dobrze pod siedemdziesiątkę, ale trzymał się niczym dąb Bartek – krzepko, nie zdradzając żadnych objawów starczego uwiądu. Od czterdziestu lat na emigracji, mówił ciągle przepiękną kresową staropolszczyzną.
– Mówiąc szczerze, jak pan trafił na Amirandę? – zapytał mnie, ledwo wszedłem i zdążyłem umoczyć usta w szklaneczce z metaxą.
– Wymyśliłem ją! – powtórzyłem.
Pokręcił głową.
– Musiał pan mieć objawienie. Albo cykl objawień.
Gdyby nie szacunek dla jego siwych włosów, wybuchnąłbym śmiechem. Poprzestałem na grzecznym zaprzeczeniu.
– A sny? Zwidy nocne? – nie ustępował.
– Absolutnie nie. Wie pan, zajmowanie się historią nie jest zbyt intratnym zajęciem, dorabiam więc pisaniem różnych żartobliwych kawałków, wymyślam kosmitów, bawię się w horrory, kiedyś wziąłem na warsztat tradycyjne schematy baśni i zacząłem manipulować…
