
– Ale dlaczego Amiranda? – przerwał i powtórzył z naciskiem:
– Dlaczego?
Wzruszyłem ramionami.
– Tak mi się wymyśliło.
– Wymyśliło – zachichotał i naraz gwałtownym ruchem wyciągnął walizeczkę pełną kserokopii.
– Czytał szanowny kolega Alkajosa z Aleksandrii? A neo-Prokopiusza? A może relacje Gunnara z Birki, bo chyba nie znalazł pan wzmianki o Amirandskoj Ziemli w zaginionych partiach Latopisu ruskiego…
– Może pan jeszcze dorzucić Kritiasza Platona, ten dialog znam.
– Platon pisze o Atlantydzie, o wielkiej wyspie, Amiranda nigdy wyspą nie była… Platon, i owszem, wiedział coś na jej temat, ale – jako znawca bytów idealnych – nie interesował się czymś, co przypomina karykaturę rzeczywistości. Istniały natomiast pewne, parozdaniowe wzmianki u Arystotelesa. Zostały jednak zniszczone jak pozostałe zapisy.
– Zniszczone? Dlaczego?
Profesor zniżył głos.
– Zmowa. Zmowa, panie kolego. Czy oficjalna nauka może pogodzić się z historią relatywną, z czymś, co rozsadza ramy, zaprzecza podstawowym pojęciom czasu i przestrzeni? Nie, drogi kolego. Gdziekolwiek pojawiły się wzmianki o trapezoidalnym królestwie i jego okolicach, były one zawsze tępione gorliwiej niż pisma heretyków…
– Jednak pańskie kserokopie, numizmat?
– Mam tego więcej.
Z szafki nocnej wygrzebał karton pełen rozmaitych bibelotów. Były tam nadpłowiałe miniatury, rozsypujące się kodeksy, kawałki tkanin, a nawet kości… Muszę przyznać, że gdyby nie światowa sława i niepodważalny dorobek naukowy, uznałbym mego rozmówcę za szaleńca. A tak, siedziałem obok niego w kucki i słuchałem, jak wymawiał numery dynastii, sypał nazwami lokalnymi, bezbłędnie dopasowując eksponaty do historii, która w zadziwiający sposób przystawała do moich opowiastek. Tyle że ja snułem swe legendy w historycznym bezczasie, a w relacji archeologa wszystko łączyło się w spójną całość, niczym fragmentaryczne i często sprzeczne mity greckie w jedną genealogię pod redakcją Homera i Hezjoda.
