
– Miał pan olśnienia typowe dla wszystkich obdarzonych nadwrażliwością historyczną, panie magistrze – stwierdził w pewnej chwili. – To się zdarza. Byty relatywne potrafią oddziaływać na czułe organizmy, weźmy Lovecrafta, Tolkiena…
– Przecież to pisarze fantaści! – wykrzyknąłem.
Westchnął.
– I pan jest dzieckiem swej epoki, wyznawcą prawd jedynych, historii nieodwracalnych. Ja mam dowody, że byli to wizjonerzy odbierający sygnały z innych światów, światów niepostrzegalnych na co dzień, ale trwających obok nas, niekiedy na odległość wyciągniętej ręki…
Wyznam, że zaczęło mnie to już denerwować. Autorytet autorytetem, ale HSP musiał być nieźle świśnięty. Jeśli idzie o bibeloty, uznałem je za dzieło zręcznych fałszerzy, którzy w osobie archeologa znaleźli naiwnego nabywcę ich staroci.
Archeolog tymczasem wyciągnął z dna kartonu kolejną porcję pamiątek. Laseczkę błazna królewskiego z czasów V dynastii, pióro, którym podpisano traktat pokojowy po wojnie dwudziestoletniej…
– I gdzie pan to wszystko nabył?! – wykrzyknąłem.
– Częściowo kupiłem, trochę wyszperałem.
– Ale gdzie? Gdzie leżała, pańskim zdaniem, Amiranda?
– Ona nadal istnieje wokół nas.
– Wolne żarty! – nie wytrzymałem.
– Ale odpowiedź będzie szybka – odciął HSP – ja tam byłem! Chce pan obejrzeć slajdy?
Chciałem.
I tak się zaczęło…
Zamiast Wstępu
W historii pewni są jedynie historycy. Ale i to nie zawsze. Poproszony przez mojego młodszego kolegę o parę słów komentarza, postanowiłem z pełną życzliwością nie odmawiać.
Mamy oto pracę, która niewątpliwie wychodzi naprzeciw zapotrzebowaniu społecznemu na wypełnienie olbrzymiej białej plamy, czy raczej, posługując się terminologią kosmiczną, historycznej Czarnej Dziury. Jest to jednak, niestety, ledwie muśnięcie olbrzymiej problematyki, która wciąż czeka na swego Mommsena, Gibbona czy Estreichera.
