Samotność i brak jakiejkolwiek tradycji zemściły się na Rinaksesie, gdy wkroczył w pełen burzy i naporu wiek dojrzewania. Dysponując ogromną energią, nie wiedział, jak ją spożytkować. Złapaną kobietę spożywał, zamiast używać, natomiast pastwą jego chuci padało co popadnie – koza, pijany centaur, ucho jednorożca, czy gniazdko mysikrólika.

Aż pewnego dnia na szarej i nieurodzajnej łące barbarzyńca dostrzegł kwiat przecudnej urody, o grubych, wilgotnych płatkach meszkiem okrytych. Kwiat ów wabił, kusił, rozsyłał wonie, a nawet dźwięczał pewną delikatną melodyjką, przywodzącą Rinaksesowi wspomnienie najwcześniejszego, jeszcze beztroskiego dzieciństwa. Rinakses należał do ludzi ostrożnych, toteż krążył wokół rośliny jak wilk koło jeża, a kwiat obracał za nim swój purpurowy kielich na zasadzie zadziwiającego homotropizmu.

W onych latach resztki kurzu już ze szczętem opadły, noce mogły być na powrót księżycowe, widne. I którejś z takich nocy młodzieniec poczuł, że nie zdzierży. Podbiegł do kwiatu i ucałował go. Płatki rozchyliły się i z wnętrza wyłonił się słupek, który gmerać począł między grubymi wargami wyrostka i splatać się z jego językiem. A był nadzwyczaj słodki, pachniał miodem i mlekiem, z ledwie dostrzegalną goryczką piołunu. I coś się w Rinaksesie przełamało, poczuł nadzwyczajną czułość, tkliwość do rośliny. Sam z nagła stał się mały, prostacki, niedobry… Rosa miała smak upajający, listki drżały niczym u osiki. Młody mężczyzna zrozumiał, że musi posiąść kwiat, natychmiast albo nigdy. Toteż cały nabrzmiały miłością wbił się w kielich. Zachłannie, brutalnie, triumfalnie i dążył, dążył, chrapliwie wyrzucając gorące zapewnienia o bezmiarze swej sympatii, aż do apogeum spełnienia…

Kłapnięcie! Ból przenikający do kresu jestestwa.

Nogi ugięły się pod Rinaksesem. Nie wiadomo skąd w kielichu zadziałała prawdziwa gilotyna. Wyjąc z bólu i brocząc krwią, młodzian odczołgał się w stronę zarośli, nie próbował nawet zemsty na mięsożernej roślinie.



9 из 196