
Stara dynastia wywodziła się z czasów ciemnych i dusznych, kiedy ziemię spaloną ognistym deszczem kamiennym, spustoszoną falą pouderzeniową, schłostaną huraganami i na wiele lat zasnutą warstwą chmur i kurzu, wywołującymi tak często opisywany w nauce efekt szklarniowy, dopiero zaludniać jęli nieliczni nieboracy, którzy uszli gniewowi bogów.
Podczas kataklizmu wyginęły dinozaury, mamuty i większość roślin zielonych, szlag trafił wszystkich herosów, przeżyli natomiast niektórzy szarzy ludzie. Przez następne stulecie wygrzebywali się z jaskiń, z nor i mateczników. Ogłupiali, przerażeni, jednakowoż żywi.
Byli tak rzadcy, że gdy jeden dojrzał na piachu ślad nie mytej stopy drugiego, przypadał do niego i całował zajadle. Za to przy spotkaniach bezpośrednich dochodziło często do nieporozumień i bójek, albowiem przeżyli jedynie osobnicy nieufni, opryskliwi, gniewni.
Rinakses miał ledwie 8 lat, kiedy wygramolił się z głębokiej sztolni, w którą opuściła go matka. Przebywał w niej z młodszym bratem i dwiema siostrami, ale ci nie wykazali dostatecznej siły przetrwania. Zresztą nie mieli wiele do zrobienia. Jako silniejszy, Rinakses najpierw sterroryzował rodzeństwo, a potem sukcesywnie je zjadł. Tak pokrzepiony wynurzył się na powierzchnię, na której z wolna poczęło wracać życie. Marne, rachityczne, pełne zadziwiających mutantów – jak chimery, gryfy i centaury, latające myszy i ptaki z głową małpy – ale życie.
Dzikość Rinaksesa była ogromna: potrafił w biegu dogonić gazelę (parę z nich też przetrwało) i odgryźć jej łeb razem z rogami. Dzikość ta dopomagała mu w walce o byt, utrudniała natomiast kontakty z ludźmi. Jeśli któryś z rzadkich osobników, tak mężczyzna, jak niewiasta, stanął na drodze młodzieńca, nigdy nie poszedł nią dalej. Zresztą, prawdę powiedziawszy, u kudłatych, odzianych w skóry barbarzyńców trudno byłoby dojrzeć różnice płci.
