
Choć usilnie próbowała, nie mogła sobie przypomnieć, co się stało z drugim statkiem, który kontynuował podróż. Miała tylko przerażające poczucie straty, a w głowie pustkę, wymagającą wypełnienia głosami.
— Moja załoga?
— Przejdziemy do tego — odparła znowu Skade.
— A Clavain i Felka? Dotarli w końcu? Pożegnaliśmy się z nimi w głębokim kosmosie. Mieli wracać do Matczynego Gniazda.
Nastąpiła okropna, przerażająca przerwa, zanim Skade odpowiedziała:
— Udało im się wrócić.
Galiana odetchnęłaby, gdyby mogła odetchnąć. Tak zaskakujące było uczucie ulgi. Dopiero gdy usłyszała wiadomość, że ukochane osoby są bezpieczne, zdała sobie sprawę, jak strasznego doznawała napięcia.
Nastąpiły chwile błogiego spokoju i Galiana bliżej przyjrzała się Skade. Pod wieloma względami kobieta przypominała Hybrydowca z epoki Galiany. Miała na sobie proste spodnie, jak od piżamy, i luźno przepasaną czarną bluzę z jedwabnopodobnej tkaniny, pozbawioną wszelkich ozdób i oznak. Była ascetycznie chuda i blada, wyglądała prawie na niedożywioną. Jej woskowe, gładkie oblicze, nie było nieatrakcyjne, lecz brakowało mu linii i zmarszczek oddających zwykły wyraz twarzy. Nie miała również włosów ani na głowie, ani na twarzy, co nadawało jej wygląd niedokończonej lalki. Te atrybuty nie pozwalały wyróżnić Skade z tysięcy innych Hybrydowców. Bez linku umysł-do-umysłu, bez zwykłej chmury rzutowanych fantazmów, nadających cechy indywidualne, trudno ich było odróżnić.
Galiana jednak nigdy nie widziała takiego Hybrydowca. Skade miała grzebień — sztywny, wąski czub, który wyłaniał się z czoła dwa centymetry nad nosem i zakrzywiał się do tyłu pośrodku czaszki. Wąska górna powierzchnia wyrostka była twarda i koścista, ale boki miały piękne delikatne pionowe prążki, które mieniły się wzorami dyfrakcyjnymi — jaskrawoniebieskimi i pomarańczowymi, kaskadą tęczowych odcieni, zmieniających się przy najmniejszym ruchu głowy Skade. Galiana zauważyła również falowanie rozmaitych barw wzdłuż grzebienia, nawet wtedy, gdy ów się nie przechylał.
