
Ale żeby to trwało aż pięćdziesiąt cztery lata? Clavain nigdy by czegoś takiego nie tolerował, pomyślała Galiana. Wojnę uważał za straszne marnotrawstwo ludzkich sił. Szukałby sposobów ostatecznego zakończenia albo przynajmniej trwałego zawieszenia broni.
Migrenowy ucisk w głowie nadal ją dręczył, choć nieco zelżał. Miała niepokojące wrażenie, że coś z wnętrza czaszki patrzy przez jej oczy, jakby nie była ich jedynym użytkownikiem.
Zbliżyliśmy się do twoich dwóch statków niespiesznymi susami starodawnych zabójców, którzy nie mają gatunkowej pamięci porażki. Czułaś nasze umysły — czyste intelekty balansujące na granicy inteligencji, równie stare i zimne jak pył międzygwiazdowy.
Czułaś nasz głód.
— Ale Clavain… — zaczęła.
— Co Clavain? — spytała Skade.
— Znalazłby jakiś sposób zakończenia konfliktu. Dlaczego tego nie zrobił?
Skade odwróciła się na chwilę i jej grzebień wyglądał teraz jak wąski grzbiet ustawiony krawędzią do Galiany. Gdy się znów odwróciła, miała dziwną minę.
Widziałaś, jak przejęliśmy twój pierwszy statek, dławiąc go falą dociekliwych czarnych maszyn. Maszyny rozszarpały statek na strzępy. Widziałaś, jak wybuchł, a eksplozja wygrawerowała różowego łabędzia na twojej siatkówce, i czułaś, jak pękała sieć połączonych umysłów, odebrałaś to jak utratę tysiąca dzieci.
Próbowałaś się odsunąć, ale wtedy było już za późno.
Gdy dotarliśmy na twój statek, postępowaliśmy już ostrożniej.
— To nie jest łatwe, Galiano.
— Co takiego?
— Sprawa Clavaina.
— Powiedziałaś, że wrócił.
— Tak. Felka też wróciła. Ale z przykrością muszę cię poinformować, że oboje zmarli. — Słowa napływały jedno po drugim, powoli jak oddechy. — Jedenaście lat temu. Demarchiści skutecznie zaatakowali Gniazdo. Clavain i Felka zginęli.
