
Proksy zatrzymał się i wygiął, z jego stawów i miejsc załamania z trzaskiem odpadły płaty żółtego lodu. W korpusie maszyny — czarnym jaju z kryzami i mnóstwem wystających odnóży, z manipulatorami i bronią — nie było pilota, lecz tylko urządzenia utrzymujące łączność z pilotem. Pilot nadal tkwił w jednym z trzech kutrów. Był wtłoczony w kanister podtrzymywania i życia, pozbawiony organów nieistotnych dla pracy.
— Jak chcesz, możesz sprawdzić w Hospicjum — powiedziała.
— Już tam zasięgnąłem informacji. Ale przyzna pani, że w sprawach takich jak ta lepiej mieć całkowitą pewność, że wszystko jest legalne?
— Przyznam, co tylko chcesz, jeśli dzięki temu opuścisz mój statek.
— Hmm. A dlaczego tak pani spieszno?
— Bo wiozę sorbet… to znaczy pasażera kriogenicznego, i nie chcę, żeby mi tu odtajał.
— Bardzo bym chciał zobaczyć tego pasażera. Można?
— Raczej trudno mi będzie odmówić. — Spodziewała się tego i czekając na przybycie proksy, włożyła skafander próżniowy.
— Dobrze. To potrwa minutkę i może pani lecieć dalej. — Po chwili milczenia maszyna dodała: — Zakładając, oczywiście, że nie będzie żadnych nieprawidłowości.
— Tędy.
Antoinette pchnęła panel, odsłaniając wąski tunel do głównej ładowni „Burzyka”. Przepuściła proksy przodem, postanawiając mówić jak najmniej i nie odzywać się bez zaproszenia. Ktoś mógłby to uznać za przejaw uporu, ale większe podejrzenia wywołałaby usłużnymi wyjaśnieniami. Milicjanci Konwencji Ferrisvillskiej nie cieszyli się sympatią; wiedzieli o tym i uwzględniali to, mając do czynienia z cywilami.
— Masz niezły statek, Antoinette.
— Dla ciebie: panna Bax. Nie przypominam sobie, żebyśmy przechodzili na ty.
— Wobec tego „panno Bax”. Moja uwaga pozostaje jednak prawdziwa. Pani statek wygląda z zewnątrz dość zwyczajnie, ale sprawia wrażenie, że jest mechanicznie sprawny i zdolny do dalekich podróży. Statek o takiej kubaturze mógłby z zyskiem operować na wielu legalnych trasach handlowych, nawet w naszych mrocznych czasach.
