
W żadnym jednak miejscu, nigdy, nie wyczuła większej porażki.
Nagle, gwałtownie, wilk ustąpił, pozwolił jej przemówić.
— Skade?
— Co takiego?
— Proszę, zabij mnie. Zabij mnie natychmiast.
JEDEN
Antoinette Bax obserwowała, jak policyjny proksy wynurza się ze śluzy. Maszyna, zbudowana z płaskiej czarnej zbroi i ostrych przegubowych odnóży, przypominała rzeźbę skomponowaną z wielu par nożyc. Była trupio zimna, gdyż przedtem tkwiła na zewnątrz jednego z trzech policyjnych kutrów, które obecnie unieruchamiały statek Antoinette. Korpus maszyny pokrywał żółtawy szron paliwa rakietowego, sublimującego teraz pięknymi spiralkami.
— Proszę się odsunąć — powiedział proksy. — Kontakt fizyczny nie jest wskazany.
Chmura paliwa cuchnęła toksycznie. Antoinette zatrzasnęła przyłbicę swego hełmu, gdy proksy przemykał obok.
— Nie rozumiem, czego się spodziewacie po tym przeszukaniu — powiedziała. Szła za proksy w pewnej odległości.
— Nie wiem, póki nie znajdę — odparł proksy. Już ustalił częstotliwość, na jakiej pracowało radio jej skafandra.
— Słuchaj, nie zajmuję się przemytem. Nie za bardzo lubię być martwa.
— Wszyscy tak mówią.
— Dlaczego ktoś miałby coś przemycać do Hospicjum Idlewild? To przecież banda ascetów, maniacy religijni, nie demony szmuglu.
— A jednak coś pani wie na temat kontrabandy.
— Nie mówiłam przecież…
— Nieważne, pani Bax. Chodzi o to, że jest wojna i niczego nie można wykluczyć.
