
[Skade?…]
To Clavain — zorientował się, że przejęła jego uprawnienia sterowania uzbrojeniem. Wyczuła jego zdziwienie faktem, że ona, Skade, w ogóle ma takie prawa dostępu. Wyznaczyła rozrzut; pociski pościgowe drżały w stojakach wyrzutni.
W głowie Skade przemówił spokojny głos:
[Nie, Skade]
To Rada Nocna.
Co takiego?
[Zwolnij kontrolę zbrojowni. Zrób, jak chce Clavain. To dla nas korzystniejsze na dłuższą metę]
Nie, ja…
[Skade, zwolnij zbrojownię]
Rada Nocna mówiła teraz ostrzejszym tonem.
Wściekła, że ją napomniano, Skade zastosowała się do polecenia.
* * *
Antoinette dotarła do trumny ojca, przywiązanej do stelaża w ładowni, dokładnie tam, gdzie widział ją proksy.
Rękę w rękawiczce położyła na wieku kasety. Przez szybę widziała profil mężczyzny. Podobieństwo rodzinne było oczywiste, choć wiek i grawitacja wyrzeźbiły jego oblicze w przesadną męską karykaturę jej własnego. Oczy miał zamknięte, na twarzy wyraz znudzonego spokoju. To typowe dla ojca: drzemie sobie podczas tych gorących wydarzeń, pomyślała. Pamiętała jego chrapanie wypełniające kajutę. Kiedyś złapała go na tym, jak udawał, że śpi, zerkając na nią spod przymkniętych powiek. Obserwował, jak sobie daje radę w trudnej sytuacji. Wiedział, że pewnego dnia wszystko będzie musiała robić sama.
Sprawdziła umocowanie trumny. Było bezpieczne, podczas ostatnich manewrów nic się nie obluzowało.
— Bestio… — powiedziała.
— Tak, panienko?
— Jestem w ładowni.
— Jest się tego nieprzyjemnie świadomym, panienko.
— Przerzuć nas na poddźwiekową. Powiedz mi, gdy ją osiągniemy.
Przygotowała się na protest, ale go nie usłyszała. Czuła ton statku, wewnętrznym uchem usiłowała odróżnić hamowanie od schodzenia. Teraz „Burzyk” w zasadzie nie leciał. Z powodu swego kształtu był prawie pozbawiony siły nośnej, więc kierował w dół wektor ciągu, by nie spadać jak kamień. Opróżniona z powietrza ładownia dostarczała dotychczas pewnej siły wyporu, ale Antoinette nigdy nie programowała głębokiego schodzenia w atmosferę w sytuacji, gdy w ładowni panowała próżnia.
