— Nie pochodzi pan stąd?

— Nie. Tak jak pan, wiele podróżowałem.

Gnijące miasto, pełznące we wszystkie strony, zasnuwała w dali miejska mgła. Około dwudziestu domów przerastało ten, z którego Clavain oglądał widok, a w chmurach ginęły szczyty najwyższych budynków. Dziesiątki kilometrów dalej dostrzegł w mgiełce ciemną linię otaczającej grani. Chasm City zbudowano we wnętrzu kaldery, w której znajdowała się rozpadlina w skorupie Yellowstone. Samo miasto otaczało wielką czkającą przepaść, chwiało się na jej brzegu, zapuszczało w nią głęboko swoje rury i kapilary. Budowle przywierały do siebie, splatały się i zlewały w szalone formy. W powietrzu panował tak intensywny ruch, że patrząc, dostawało się oczopląsu. Wydawało się niemożliwe, by tyle osób podróżowało jednocześnie w ważnych sprawach. Chasm City to miasto przepastne i nawet w czasie wojny ruch w powietrzu stanowił zaledwie ułamek ludzkiej aktywności na dole, pod iglicami i wieżami.

Kiedyś było tu inaczej. Miasto przeżyło trzy epoki. Najdłuższa z nich to belle epoque, gdy władzę absolutną posiadały naczelne rody Demarchistów. Wówczas miasto dusiło się pod osiemnastoma połączonymi kopułami Moskitiery. Energię i surowce czerpano bezpośrednio z rozpadliny. Demarchiści mistrzowsko władali materią i informacją, co w konsekwencji musiało doprowadzić do eksperymentów długowieczności, które dały im biologiczną nieśmiertelność, a ponieważ regularnie archiwizowali w komputerach wzorce neuralne, nawet gwałtowna śmierć była ledwie drobną uciążliwością. Znakomicie posługiwali się nanotechnikami, jak nadal dziwacznie nazywali swoje metody. Potrafili niemal dowolnie przekształcać otoczenie i swoje ciała, przyjmowali rozmaite postaci, stali się ludźmi zmiennymi, którzy zastój uważali za coś wstrętnego.

Druga epoka nastąpiła zaledwie wiek temu wraz z pojawieniem się parchowej zarazy.



12 из 342