
— Pytałem… — zaczął znowu.
— Już mnie pan chyba przebadał i dowiedział się wszystkiego — zauważył Clavain. — Co więcej mógłbym panu powiedzieć?
— Jest pan wyraźnie niezadowolony. — Mężczyzna mówił po kanazjańsku, nieco sztywno.
— Nie wiem, kim pan jest i o co panu chodzi. Nie ma pan pojęcia, ile szkody pan narobił.
— Jakiej szkody?
— Właśnie przechodziłem na stronę Demarchistów. Ale to dla pana nie nowina?
— Rzeczywiście, coś o panu wiemy, ale chcielibyśmy się do wiedzieć więcej. Dlatego jest pan naszym gościem.
— Gościem? — prychnął pogardliwie Clavain.
— Przyznaję, to może lekkie nadużycie tego określenia. Nie chcę jednak, by uważał się pan za naszego więźnia czy zakładnika. Możliwe, że wkrótce pana zwolnimy. Zatem o jakie szkody chodzi?
— Kim pan jest? — zapytał Clavain.
— Wyjaśnię za chwilę. Teraz pokażę panu widok, który pana zachwyci. Zebra powiedziała mi, że nie pierwszy raz jest pan w Chasm City, ale z pewnością nie widział pan miasta z takiej perspektywy. — Pochylił się i podał Clavainowi rękę. — Zapraszam. Odpowiem panu na wszystkie pytania.
— Czyżby?
— Na prawie wszystkie.
Korzystając z pomocy, Clavain podniósł się z żelaznego krzesła. Stanął o własnych siłach i przekonał się, że jest jeszcze słaby, choć po chwili szedł bez trudności. Bosymi stopami wyczuwał zimno marmuru. Przypomniał sobie, że zdjął buty przed wejściem w demarchistowski skafander.
Kręconymi chwiejnymi schodami mężczyzna prowadził go na podest galerii, która kluczyła między treliażem. Po pewnym czasie Clavain zupełnie stracił orientację. Gdy siedział na dole na krześle, widział tylko niewyraźne kształty za oknami i brązowawą jasność, pokrywającą wszystko melancholijną poświatą. Teraz podszedł do balustrady.
— Niech pan spojrzy, Clavain: oto Chasm City. Miasto, które poznałem, i choć nie mogę powiedzieć, że je pokochałem, to nie czuję do niego gorącej niechęci jak wtedy, gdy tu po raz pierwszy przybyłem.
