
— Tym razem masz moje wsparcie. Przekażemy jej prawdę łagodnie, gdy już znajdziemy się na statku.
— Ufam, że masz rację. Figlarnie zmrużył oczy.
— Obiecuję ci, że w końcu się uda. Musisz mi tylko zaufać. To nie takie trudne. Przecież dokładnie o to samo ty mnie prosiłaś.
— Ale problem polega na tym, że skłamaliśmy.
Dotknął jej ramienia gestem, który wydawałby się przypadkowy, gdyby nie został z wyczuciem przedłużony do paru sekund.
— Musimy to już mieć za sobą, nie sądzisz?
Łagodnie usunęła jego dłoń, ale ta zamknęła się na jej dłoni. Zamarli w tej pozycji. Khouri słyszała własny oddech. Patrzyła na Ciernia świadoma, czego oboje pragną.
— Nie mogę, Cierniu.
— Dlaczego? — zapytał, jakby nie wyobrażał sobie żadnego istotnego powodu.
— Bo… — uwolniła dłoń — …coś komuś obiecałam.
— Komu?
— Swojemu mężowi.
— Wybacz, ani przez chwilę nie myślałem, że jesteś mężatką. — Usiadł głębiej w fotelu. Odległość między nimi nagle się zwiększyła. — Nie chce cię obrazić, ale widziałem cię jako inkwizytora, potem jako Ultraskę i żadna z tych postaci nie pasuje do mojego wyobrażenia o kobiecie zamężnej.
— Rozumiem. — Uniosła dłoń.
— Kim on jest, jeśli wolno zapytać? — Przyglądał się jej, czytał z twarzy. — Czy żyje?
— Niestety, to nie takie proste. Mój mąż był żołnierzem. Ja też kiedyś byłam żołnierzem. Oboje służyliśmy na Skraju Nieba, podczas wojen Półwyspowych. Na pewno słyszałeś o naszych uroczych sporach cywilnych. Zostaliśmy ranni i nieprzytomnych wysłano nas na orbitę. Coś się jednak pogmatwało: mnie źle rozpoznano, przyczepiono zły identyfikator i posłano do złego szpitala. Nadal nie znam wszystkich szczegółów. Wylądowałam na dużym statku, światłowcu, lecącym poza układ, i gdy odkryto pomyłkę, byłam w układzie Epsilon Eridani, na Yellowstone.
— A twój mąż?
— Ciągle tego nie wiem. W tamtym czasie sądziłam, że został w rejonie Skraju Nieba. Trzydzieści, czterdzieści lat — tyle musiałby czekać, nawet gdyby mi się natychmiast udało dostać na statek lecący z powrotem.
