
— Jaką terapię długowieczności aplikowano wam na Skraju Nieba?
— Żadnej.
— Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że twój mąż by umarł, zanim byś się tam dostała.
— Był żołnierzem. Średnia długość życia w batalionie zamrażano-odmrażanym była cholernie krótka. Zresztą i tak nie leciał tam bezpośrednio żaden statek. — Przetarła oczy i westchnęła. — Do dziś nie mam pewności, co się z nim stało. Mógł nawet przybyć na tym samym statku, co ja, a pozostałe wersje są nieprawdziwe.
— A więc niewykluczone, że twój mąż nadal żyje gdzieś w układzie Yellowstone?
— Właśnie. Ale w takim wypadku byłby bardzo stary. Nim tu przyjechałam, byłam długo zamrożona w Chasm City. A potem jeszcze dłużej byłam zamrożona, gdy z Ilią czekałyśmy na wilki.
Cierń milczał.
— Czyli nadal jesteś żoną człowieka, którego kochasz, ale które go prawdopodobnie nigdy już nie zobaczysz? — zapytał wreszcie.
— Teraz rozumiesz, dlaczego sytuacja jest dla mnie niełatwa.
— Rozumiem — przyznał cicho, z wyczuwalnym szacunkiem w głosie. Dotknął jej dłoni. — Może jednak wciąż jest czas, by to porzucić. Wszyscy musimy to kiedyś zrobić, Ano.
* * *
Dotarcie do Yellowstone trwało krócej, niż Clavain przewidywał. Zastanawiał się, czy Zebra podała mu jakiś narkotyk czy może stracił przytomność, uśpiony w rozrzedzonym zimnym powietrzu kabiny. Ale przecież nie odczuwał żadnych luk świadomości. Po prostu czas minął bardzo szybko. Clavain zorientował się, że statek kilkakrotnie zmieniał trajektorię, prawdopodobnie po to, by uniknąć konfliktu z Konwencją.
Statek wykonał pętlę wokół Pasa Złomu, zachowując od niego odległość wielu tysięcy kilometrów. Potem zszedł po spirali w warstwy chmur Yellowstone. Planeta rosła, jej widok wypełniał wszystkie okna. Statek wchodził w atmosferę w otoczce jaskraworóżowych zjonizowanych gazów. Clavain poczuł, jak wraca ciężar jego ciała po wielu godzinach nieważkości. To pierwsza prawdziwa siła ciążenia, jakiej doświadczam od lat, pomyślał.
