- Idiotka! Kretynka! Co ty masz w głowie, siano?! Doigrałaś się, głupia, wylecisz z liceum i trafisz do dwieście piątej... Cackali się z tobą, i wyniańczyli cię... debilkę, imbecylkę, idiotkę...

- Przestań - odzywał się ojciec i Jana przestawała, ale jej wewnętrzny silnik pracował na jałowym biegu najwyżej dwie minuty, a potem znów się zaczynało:

- Idiotka... Kretynka... Początkująca dziwka... zobacz, do jakiego stanu matkę doprowadziłaś...

Ojciec trzy razy chodził do dyrektora. Wyglądało na to, że powinno się wydalić obydwoje winowajców - Zarudnego i Lidkę, ale od samego początku było jasne, że dyrekcja nie zadrze z ojcem Sławka - akademikiem i posłem do Parlamentu.

Lidka nie miała sił na to, żeby siedzieć w domu, ale łazić po ulicach też nie było za bezpiecznie - a nuż natkniesz się na znajomego albo kolegę z klasy. Do gmachu liceum nie chciałaby podejść nawet na odległość wystrzału z działa, dlatego od samego rana szła na brzeg morza, wchodziła na skały i siadała skulona na stosie odłamków - ni to masztów, ni innych belek, przeżartych solą, poczerniałych, połkniętych kiedyś przez morze, a potem wyplutych.

Kilka razy zdarzyło jej się zobaczyć dalfiny - daleko od brzegu, z absolutnie bezpiecznej odległości, ale i tak przenikał ją mróz. Marzła zresztą i bez tego; a myśl o tym, żeby zachorować i umrzeć nie wydała jej się taka głupia. Dzień jej urodzin przeszedł normalnie i bez radości. Czternasty października, znów środa. Do wyznaczonego terminu zostało siedem miesięcy i trzy tygodnie.

Zamiast obiecanych wrotek dostała bombonierkę i jakieś nudne książki. Przez pół wieczoru popłakiwała pod kołdrą - sama nie wiedząc, czy płacze przez te wrotki, liceum, czy ze strachu przed skorą i nieodwracalną śmiercią.

A po tygodniu okazało się, że skoro w żaden sposób nie można wyrzucić Zarudnego, to nie będą ruszać i Sotowej. Dali jej publiczną naganę i zostawili - niech pamięta, jaką jej okazano łaskę.



16 из 457