
- Zarudny, proszę otwórz. Wiem, że tam jesteś!
Lidka rozejrzała z udręką. Pod gablotami się nie schowasz, drzwi do Sali Eksponatów Niejawnych zamknięte na szyfrowy zamek. A Sławek stchórzył - pobladł i zaczęły mu się trząść wargi.
- Otwieraj natychmiast! Albo będziesz miał nieprzyjemności, słyszysz?!
Stukot obcasów po parkiecie; i jeszcze czyjeś głosy. Ilu ich się tam zebrało? I kiedy sobie pójdą?!
Sławek postanowił najwyraźniej nie otwierać. Jej też machnął ręką. Jakby chciał powiedzieć: siedź cicho, wszystko rozejdzie się po kościach...
- Przynieście drugi klucz! - głos wicedyrektorki był napięty jak struna. - Jelizawieto Pawiowa, poproszę o drugi klucz...
Lidka zdążyła jeszcze tylko pomyśleć, jak łatwo przebijają się dźwięki przez wzmocnione stalą drzwi muzeum.
Potem szczęknął zamek i drzwi, powoli, jak w koszmarnym śnie, zaczęły się otwierać.
Sławka już stał, przyciskając jedną dłoń do twarzy, a drugą do piersi, jakby w ostatniej chwili postanowił udać atak serca.
Lidka nie bardzo miała co udawać. Siedziała pod gablotą, przy ostatkach unicestwionej cywilizacji i widziała się jakby z boku - przestraszoną, rozchełstaną dziewczynkę z napuchniętymi wargami.
Weszli: zastępczyni dyrektora do spraw technicznych, matematyczka i dyrektor. Przez chwilę panowała cisza, a potem wicedyrektorka odezwała się ponuro: -”W świętym dla nas miejscu...”
Na Sławka nikt nawet nie spojrzał.
* * *
Szkoda jej było tylko mamy.
Mamie opowiedziała, jak wszystko było naprawdę, ale wcale jej to nie ulżyło. Brat demonstracyjnie unikał rozmów z upadłą siostrą, ojciec chodził przygaszony i milczący, ale Janka w żaden sposób nie umiała utrzymać języka za zębami:
