
– Ja się nie znam na zielskach – westchnęła Martusia żałośnie. – Ale masz rację, że zasłaniają. Trochę.
Stałyśmy przez chwilę, wpatrzone w leżącą postać.
– Tadeusz dzisiaj będzie? – spytała nagle Martusia.
– Będzie, cholera, ale późno, już był i pojechał, dlatego jestem wściekła, drugi raz muszę autoryzować kretyństwa. Witek też będzie, czego on mi truje alarmami, czy tych rzeczy oni nie potrafią załatwić beze mnie…?!
– Przecież to ty musisz zapłacić!
– No to zapłacę, czyś ty widziała, żebym ja dzień w dzień żarła kawior, bażanty w maladze i ostrygi…?!
– Ostrygi widziałam…
– Przecież nie tu! We Francji! Nad Atlantykiem! Tam są tańsze niż kartofle!!!
– Są, są, z pewnością – zgodziła się Martusia pośpiesznie – ale co to ma do rzeczy?
– A to, że na żarcie nie wydaję! Futro u mnie widziałaś?!
– Nie wiem, czy tę kurteczkę można nazwać futrem…
– Po kosmetyczkach nie latam, odzież mam w nosie, na biżuterię kicham, dzikich ryków muzyki rąbanej za próg domu nie wpuszczę, pół litra wódki stoi u mnie trzy lata, a szampan leży od zeszłego roku! To na co ja mam wydawać pieniądze…?!
– Piwo… – podsunęła Martusia nieśmiało.
– Zgłupiałaś? Ile tego piwa? Trzy cysterny?! I gdzie je zmieszczę? Ono mi w ogóle szkodzi, bez ciebie prawie do ust nie biorę! No dobrze, wino – ugięłam się nagle.
– Owszem, drogie, ale gdybym trąbiła flachę dziennie, stałabyś teraz nad moim grobem, dawno byś stała, bo też nadmiar mi szkodzi. To co, oni naprawdę mają obawy, że znienacka pożałuję na cholerne alarmy?!
– I na co ci właściwie alarmy, skoro rzeczywiście tych rzeczy dla złodziei prawie wcale nie masz…?
– Bo złodzieje głupie – wyjaśniłam ponuro. – Myślą, że mam, możliwe, że normalna baba by miała. Za to mam komputer z zawartością, dla nich do bani, a dla mnie reszta życia. Na tę idiotyczną stałą dyskietkę nie umiem nagrywać, to znaczy umiem, ale zapominam, jak to się robi, i nie mam do tego cierpliwości. No i samochód, żeby to piorun trafił, czego oni się tak czepiają akurat moich samochodów…?
