– Będziemy tutaj i w tej chwili…?

Stałyśmy cały czas na utwardzonym kawałku żwirku pod moim ogrodzeniem, o dwa metry od leżącej przy śmietniku postaci, zapomniawszy prawie, dlaczego tu stoimy.

Zreflektowałam się.

– Myślisz, że ona jest żywa? – spytałam podejrzliwie, rzucając okiem na postać.

– Bo nie wiem, gdzie dzwonić, policja czy pogotowie?

– Nie będę sprawdzać za skarby świata! – zarzekła się Martusia gwałtownie.

– Chcesz, to ją macaj sama…

– Nie chcę.

– To tam zadzwoń, z czym cię połączy. Tu musimy czekać czy możemy w domu?

– Telefon leży w domu, co rozstrzyga sprawę. A propos, jak załatwiłaś…?

W kuchni nastąpił dalszy ciąg programu. Moja komórka miała jako tako możliwy zasięg albo w kuchni, albo na tarasiku przed domem z drugiej strony, ale na tarasiku czekały dzikie koty, które każde moje wyjście na zewnątrz traktowały jak ukazanie się kelnera z tacą w doskonałej restauracji. Nie miałam teraz głowy do kotów, zamierzałam nakarmić je później, wolałam kuchnię, Martusia zaś, która przyjechała z Krakowa na dwa dni w celu załatwienia spraw służbowych, zgłodniała nieco po emocjach i obsłużyła się sama, przyrządzając sobie posiłek, złożony z bobu i kawalątka nogi uduszonego kurczaka. Nieśmiało bąknęła coś o sałacie, ale sałaty nie było i z warzyw poradziłam jej plasterek cytrynki. Dzwoniłam pod numery alarmowe na zmianę, aż w końcu połączyło mnie z policją. Przedstawiłam się grzecznie i powiedziałam:

– Przykro mi, że ciągle państwu truję, ale pogotowie mi się rozłącza, a pod moim domem leży jakaś obca osoba, płci prawdopodobnie żeńskiej, nie wiem w jakim stanie, i liczę na to, że policja sprowadzi także lekarza. Tu nie ma stacjonarnych telefonów, więc zróbcie coś, bo może trzeba szybko. Mój numer komórki ma chyba cała policja w Warszawie…



4 из 221