– Zaraz przyjedzie ekipa – rzekł na powitanie. – Kto ją znalazł? Któraś z pań?

– Przejdźmy może tam – zaproponowałam, wskazując pokój. – Tu nie ma gdzie usiąść, a ja nie umiem rozmawiać na stojąco.

– Tu nie było co znajdywać, wystarczyło spojrzeć – odparła równocześnie Martusia.

– Leży niby pod gałęziami, ale właściwie na wierzchu.

– No dobrze, to która z pań spojrzała?

Martusia przyznała się, że ona. Usiedliśmy przy stole, stanowiącym jadalnię, chociaż komisarz ostrzegł, że na razie rozmowy nie będzie, wyłącznie wstępne wyjaśnienia, protokół napisze się odrobinę później.

– Kiedy pani ją dostrzegła?

– No, kiedy…? Jak przyjechałam, nie? Od razu zaczęłaś dzwonić…

– Nie od razu – sprostowałam. – Najpierw wyszłyśmy popatrzeć, a potem kotłowałam się z tą komórką co najmniej dziesięć minut. Wychodzi, że jakieś… Co ja za brednie mówię, żadne jakieś, zegarek miałam przed nosem, sprawdzałam godzinę, bo czekałam na ciebie, widziałam, jak podjeżdżałaś, była dokładnie siedemnasta czterdzieści osiem, to znaczy siedemnasta czterdzieści dwie, bo on się śpieszy sześć minut. Więc zobaczyłaś ją o siedemnastej czterdzieści dwie i pół.

– Dlaczego pół? – zainteresowała się Martusia.

– Bo nie rzuciłaś się przecież ku niej w jednej sekundzie i nie wysiadałaś wyjątkowo ślamazarnie, tylko zwyczajnie. Zamknęłaś samochód, podeszłaś… Liczę na to pół minuty.

Komisarz chyba zgadzał się ze mną, bo kiwał głową.

– Ruszały tam panie coś? Dotykały?

– Nic kompletnie, żadna z nas – zapewniłam go stanowczo. – Co jej właściwie jest? Chora, pijana, nieżywa?



6 из 221