
– Słuchaj, może to ktoś znajomy? – spytała Martusia niespokojnie, obserwując zorganizowane zamieszanie za bramą. – Nie było widać twarzy.
– Ale włosy. Nie znam ani jednej osoby z takimi długimi rudymi włosami. Czarne, to owszem, rudych jakoś nie.
– Ale piękny kolor miała. Co oni robią? Biorą ją do suki?
– To nie suka. Karetka do przewożenia zwłok.
Martusią nagle trzepnęło.
– Boże, jaki cudny pies! – zachwyciła się. – Popatrz, popatrz! Super!
Nie musiała mnie zachęcać do patrzenia.
– Każą mu wywęszyć ślady. Mam nadzieję, że nie wywęszy niczego w moim ogrodzie i nie wda się w wojnę z kotami… Och, nieszczęsny! Przyjechała samochodem!
– Skąd wiesz?
– No przecież widzisz, jak się zachowuje! Muszę zobaczyć z bliska!
Wypadłam z domu i uczepiłam się bramy. Ostatecznie, znajdowałam się na własnym terenie i tkwić przy bramie miałam prawo. Martusia popędziła za mną.
Pies był rzeczywiście przecudowny. Pomijając urodę, idealnie wytresowany, spokojny, a zarazem skupiony, gorliwy i chętny do pracy. O swoich odkryciach informował tak, że najlepszy ćwok mógł zrozumieć.
– I bez policji zgaduję, jak było – powiadomiłam ją. – Patrz, gdzie doprowadził.
Wysiadła przed sąsiadem, poszła w moim kierunku i przy śmietniku padła trupem, kroku więcej ku furtce nie zrobiła.
– Skąd wiesz?
– No przecież sama widzisz, co ten pies pokazuje. Taki pies to czyste złoto, elektronikę możesz wyłączyć, psa nie oszukasz. Zdaje się, że zdejmuje ze mnie podejrzenie, jakobym gościła ją u siebie, zabiła i wyniosła na śmietnik…
– Szczególnie, że nie masz jeszcze umowy ze śmieciarzami – przypomniała Martusia z troską.
Wściekłość, która zelżała trochę pod wpływem sensacyjnego wydarzenia, ogarnęła mnie na nowo, kiedy wróciłyśmy do domu. Zarazem przypomniałam sobie, co było głównym jej źródłem.
