
— Użył pan słów Vasari: „Takie łaty można wybaczyć szewcom, lecz nigdy znakomitym czy wielkim mistrzom — postępowanie hańbiące, szkaradne, zasługuje na surową naganę”.
Starzec śmiał się bezdźwięcznie. Jego chuda, żylasta szyja drgała, twarz pokryła się gęstą siecią zmarszczek.
— Pamiętasz? To dobrze. Mnie pamięć nie dopisuje… Ile mam lat? Tak, tak, sto siedem. W którym roku urodziłem się?
— Według nowego kalendarza…
Starzec uderzył kościstą pięścią o poręcz krzesła.
— Nie według nowego! Nie przyzwyczaiłem się… Po staremu.
— W tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym.
— A ty ile masz lat?
Łański odpowiedział.
— Młody. Bardzo młody — gniewnie rzucił starzec. — Dlaczego tę płaskorzeźbę… no, jak ją… na cześć pierwszej wyprawy na Księżyc… wykonałeś z księżycowej skały? Czy na ziemi nie znalazłeś materiału? Dziwactwa!..
Łański milczał, wiedział, że lepiej nie oponować.
— Dziwactwa, dziwactwa… — zrzędził staruszek. — Widziałem projekt pomnika zaginionych astronautów. Cokół, na nim rakieta — pogruchotana, osmalona, poprzestrzelana, z zamarłymi dyszami… Co powiesz?
Łański odpowiedział, że najprawdopodobniej nie jest to zbyt udany pomysł. Nie chodzi o statek, lecz o tych, którzy nim latali.
— Otóż to! — wykrzyknął z irytacją staruszek. — Za trzydzieści lat ludzie popatrzą na taki pomnik i pomyślą: „Ależ to były statki!” — i tyle. Trzeba wyrzeźbić człowieka. Wówczas za tysiąc lat będzie on zawsze współczesny… Odwaga jest wieczna.
Zamknął oczy i długo milczał, Łańskiemu wydało się, że staruszek śpi. Zjawiła się kobieta — również jak on wiekowa — milcząc poprawiła pled i wyszła. Nagle staruszek uniósł głowę, przenikliwie spojrzał na Łańskiego i powiedział:
— Nie mogą pracować. Trzeba jednak. Sprawa wielkiej wagi. Słyszałeś o wyprawie Szewcowa?
— Tak, trochę — odpowiedział Łański.
