
Miałem świadomość, że usunąłbym się na bok i bym mu na to pozwolił.
– Powinienem odciąć tę gałąź – rzekł, wskazując palcem w mrok. Niczego nie zdołałem tam dostrzec.
– Taak – mruknąłem.
We wpadającym przez szklane drzwi świetle było widać profil ojca. Przeszedł mu gniew i wróciło przygnębienie. Czasem myślę, że po śmierci Julii usiłował przyjąć na siebie ten cios, ale nie zdołał utrzymać się na nogach. W jego oczach wciąż widniało zaskoczenie, jak u człowieka, który został niespodziewanie uderzony w brzuch i nie wie za co.
– Dobrze się czujesz? – zapytał. Standardowe pytanie, którym zaczynał każdą rozmowę.
– Świetnie. To znaczy, nie, ale…
– Ojciec machnął ręką.
– Tak, głupio zapytałem.
Zamilkliśmy. Zapalił papierosa. Nigdy nie palił w domu. Ze względu na dobro dzieci i w ogóle. Zaciągnął się, a potem, jakby nagle sobie o tym przypomniał, spojrzał na mnie i zdusił butem niedopałek.
– Nie ma sprawy – powiedziałem.
– Uzgodniliśmy z twoją matką, że nigdy nie będę palił w domu.
Nie sprzeczałem się z nim. Splotłem dłonie i położyłem je na kolanach. Potem ruszyłem do natarcia.
– Mama wyznała mi coś przed śmiercią.
– Zerknął na mnie.
– Powiedziała, że Ken wciąż żyje.
Ojciec zdrętwiał, ale tylko na moment. Na jego ustach pojawił się smutny uśmiech.
– To przez lekarstwa, Will.
– Ja też tak myślałem – z początku.
– A teraz?
Wpatrywałem się w jego twarz, szukając śladu kłamstwa. Oczywiście, krążyły plotki. Ken nie był bogaty. Wielu zastanawiało się, skąd mój brat wziął pieniądze na to, żeby tak długo się ukrywać. Moim zdaniem po prostu ich nie miał i tamtej nocy on też zginął. Inni ludzie uważali, że moi rodzice wysyłali mu pieniądze.
