
Chaz znalazł się w kropce. Przepisy NCAA (Krajowego Akademickiego Zrzeszenia Sportowego) zabraniały podpisywania kontraktów w trakcie studiów. Taki kontrakt uznano by za nieważny. Wysłannik Roya O’Connora zapewnił go, że to żaden problem. Po prostu antydatują umowę i będzie wyglądało, że Chaz podpisał ją na ostatnim roku. Kontrakt poleży w sejfie i nikt się o niczym nie dowie.
Chaz ciągle się wahał. Podpisanie kontraktu było niezgodne z prawem, lecz z drugiej strony dobrze wiedział, ile taki zastrzyk gotówki znaczy dla gnieżdżących się w dwuizbowej norze mamy i ośmiorga rodzeństwa. W tym momencie do akcji wkroczył sam Roy O’Connor z przynętą nie do odrzucenia: gdyby w przyszłości Chaz zmienił zdanie, to odda pieniądze i podrze kontrakt.
Po czterech latach Chaz zmienił zdanie. Kiedy przyrzekł zwrócić „zaliczkę” co do centa, usłyszał od Roya O’Connora: „Nic z tego. Podpisałeś kontrakt. Jesteś nasz”.
Takie sztuczki były praktykowane przez tuziny agentów. Dwóch największych menedżerów w kraju, Norby Walters i Lloyd Bloom, trafiło za to do aresztu. Na porządku dziennym były również groźby, ale na nich zwykle się kończyło. Żaden agent nie śmiał posunąć się dalej. Jeśli jakiś chłopak trwał przy swoim, agent ustępował.
O dziwo, Roy O’Connor posunął się do użycia siły.
– Musisz na krótko wyjechać z miasta – rzekł Myron. – Masz gdzie się schować?
– Tak, u znajomka w Waszyngtonie. A co dalej?
– Wszystkim się zajmę. Tylko zniknij z oczu.
– Dobra, zrobi się… Aha, jeszcze jedno.
– Tak?
– Jeden z tych, co mnie dorwali, powiedział, że cię zna. Potwór, człowieku. Kawał byka. Elegant, ty go nie rusz.
– Powiedział, jak się nazywa?
– Aaron. Kazał ci przekazać pozdrowienia.
Myron oklapł. Aaron. Imię z przeszłości. I to kojarzące się jak najgorzej. Roy O’Connor nie tylko używał siły, ale siły, z którą nie ma żartów.
