
– Mówiłem szczerze. – Clip położył rękę na jego ramieniu. – Byłbyś świetnym koszykarzem. Jednym z najlepszych.
Myron pociągnął duży łyk yoo – hoo. Dość szczypania się, zdecydował.
– Przykro mi, panie Arnstein. Ale nie pomogę panu.
– Słucham?
Na czoło Clipa powrócił mars.
– Mam własne życie. Jestem agentem sportowym. Muszę dbać o klientów. Nie mogę raptem rzucić tego wszystkiego.
– Dostaniesz stawkę minimalną. Dwieście tysięcy dolarów minus coś tam. Finały już za dwa tygodnie. Do tego czasu tak czy siak pozostaniesz w zespole.
– Skończyłem z grą w koszykówkę. Nie jestem prywatnym detektywem.
– Musimy odnaleźć Grega. Może być w niebezpieczeństwie.
– Przykro mi, ale nic z tego. Clip uśmiechnął się.
– A gdybym dodatkowo osłodził ci trudy?
– Nie.
– Pięćdziesiąt tysięcy dolarów za podpis.
– Przykro mi.
– Greg może się pojawić choćby jutro, a pieniądze i tak będą twoje. Pięćdziesiąt tysięcy. Plus udział w zyskach z meczów finałowych.
– Nie.
Clip opadł na fotel. Wpatrzył się w szklaneczkę, zanurzył palec w whisky i zamieszał.
– Jesteś agentem, powiadasz? – zagadnął z głupia frant.
– Tak.
– A ja jestem w dobrych stosunkach z rodzicami trzech graczy, którzy wejdą do NBA z pierwszego naboru, wiesz?
– Nie.
– A gdybym ci zagwarantował – rzekł wolno Clip – że jeden z nich podpisze z tobą kontrakt?
Myron zamienił się w słuch. Kontrakt z zawodnikiem z pierwszego naboru?! Postarał się – wzorem Mrożonki – zachować chłodną minę, ale serce waliło mu jak młotem.
– Jakim sposobem? – spytał.
– Nie twoje zmartwienie.
– A czy to aby nie jest na bakier z etyką?
Clip prychnął szyderczo.
– Nie zgrywaj pierwszej naiwnej, Myron – rzekł. – Pójdziesz mi na rękę, a RepSport MB dostanie gracza z pierwszej rundy draftu. Masz to jak w banku. Bez względu na wynik sprawy z Gregiem.
