
Chociaż nie, coś jednak było. Schodzili wolno po jakichś schodach. Móri wyczuwał pod stopami zimne kamienne stopnie. Szeleściły uschłe liście, rozpadały się w pył, gdy tylko ich dotknął.
W końcu znaleźli się na samym dole i Hraundrangi – Móri przystanął.
– Teraz cię opuszczam, synu – oznajmił. – Opuszczam cię, bowiem powinienem się połączyć z innymi towarzyszącymi ci duchami. Zrobimy wszystko, by przez jakiś czas zatrzymać cię w przedsionku śmierci.
– A dokąd ja mam pójść?
– Tym nie musisz się martwić! Teraz sprowadzę na ciebie zapomnienie. Nie będziesz pamiętał, że widziałeś Wielkie Światło ani że spotkałeś matkę. Trzeba ci zresztą wiedzieć, że ona jest z ciebie bardzo dumna. Uważa, że jesteś wyjątkowo utalentowany i urodziwy, zauważyłeś to?
Móri, mimo dręczącej go rozpaczy, musiał opanować uśmiech.
– Nie, niczego nie zauważyłem, ale dziękuję ci za te słowa. Mam prośbę, ojcze… Zrób, co chcesz, ale nie zabieraj mi pamięci o Wielkim Świetle i o spotkaniu z mamą!
Hraundrangi – Móri potrząsał głową, jakby go przestrzegał.
– Niepamięć jest ci niezbędna, w przeciwnym razie staniesz się bezsilny. Bo kraina zimnych cieni jest dokładnym przeciwieństwem krainy światła, jeśli więc nie będziesz wiedział o istnieniu światła, ciemność nie będzie cię dręczyć aż tak boleśnie.
– Rozumiem, ale mimo to ponawiam prośbę: nie odbieraj mi tamtego przeżycia!
Ojciec westchnął.
– Jak chcesz, ale naprawdę będziesz żałował.
– To będzie mój ból. Ojcze, zróbcie, co w waszej mocy, ja muszę wrócić na ziemię!
– Musisz, bo zadanie, jakie miałeś na ziemi, nie zostało jeszcze wykonane. A poza tym twoi bliscy nie powinni cierpieć z powodu twojej śmierci, już i tak mają bardzo ciężkie życie.
Móri chciał zapytać o dużo więcej, ale nagle stwierdził, że ojciec zniknął. Zaczął go wołać, prosił, by wrócił, ale odpowiadało mu tylko echo, które odbijało się od jakichś niewidocznych skał.
