
A wtedy ich własna nikła nadzieja na ratunek również zgaśnie. Dla nich wszystkich będzie wówczas na wszystko za późno. I wtedy też nie będzie już potrzebny Dolg. Gdyby tak się stało, Dolg żyłby na próżno.
Po chwili wróciła do nich bardzo urodziwa opiekunka Móriego. Wysoka postać o długich jasnych włosach, jak zawsze ubrana w białą szatę z jedwabnej surówki. Na jej widok twarze wszystkich mimo woli się rozjaśniły.
– No i jak się sprawy mają? – zapytał Nauczyciel.
– Jest gotów podjąć walkę.
– W takim razie my podejmiemy nasze starania.
Na początek zajęli się ranami Móriego. Zaczynali od wewnątrz. Odmawiali długie modlitwy, błogosławieństwa i zaklęcia nad ciałem, wykonywali konieczne rytuały i patrzyli z ulgą, że rany przestają broczyć, a krew Powoli krzepnie, widzieli, jak brzegi ran zbliżają się do siebie i jak goją się okaleczenia wewnętrzne, aż zostały już tylko dwa ślady pokryte grubymi strupami: pod żebrami i na plecach.
– No, zrobione – oświadczył Nauczyciel, prostując się. – Ale to był najmniejszy problem. Teraz musimy użyć znacznie silniejszych środków dla ratowania Móriego!
I tak oto rozpoczęła się ich walka o Móriego. Miała ona trwać przez wiele dni. I wielokrotnie mieli czuć się całkowicie bezradni. Jedyne, na co jeszcze mogli liczyć, to że Móri sam rozumie, co dla niego dobre. I na jedno budzące zdumienie zdanie wypowiedziane przez Cienia, że pewien mały chłopiec, dwunastoletni syn Móriego, może dokonać cudu.
Żadne z nich jednak nie wiedziało, co Cień miał na myśli. Nie wiedzieli nawet, skąd się ten Cień wziął ani kim w rzeczywistości jest.
