
Dziesięcioletnia Taran wbiegła do pokoju rozgorączkowana, z wypiekami na twarzy. Tuż za nią ukazał się Villemann.
– Babciu – zaczęła Taran. – Czy babcia pozwoli, że coś powiem?
– O mój Boże – roześmiała się Theresa. – Od kiedy to stałaś się taka grzeczna? Tego typu uprzejmych zdań staraliśmy się nauczyć cię wiele lat temu, ale bez skutku. Bardzo ładnie to powiedziałaś, Taran. I, oczywiście, masz moje pozwolenie.
Dziewczynka była niezwykle przejęta.
– Babciu! Ja odkryłam, czym jest szczęście!
– Naprawdę? – wykrzyknęła Theresa ze śmiechem. – No to nieźle, bo chyba dotychczas nikt tak naprawdę nie potrafił wyjaśnić słowami, czym w istocie szczęście jest.
– No, a babcia jak myśli, czym ono jest?
To dwoje norweskich szczerych oczu, poczucie bezpieczeństwa u boku szlachetnego człowieka…
Nie, co to za rojenia akurat w tej chwili…
– Cóż – rzekła z bijącym mocniej od tych zakazanych myśli sercem. W końcu jednak zdołała je od siebie odpędzić. – Cóż, ja właściwie nie wiem, moje dziecko. Szczęście to nie jest jakiś trwały stan. Raczej krótkie, ale za to bardzo intensywne chwile. Błyski radości. Takie, kiedy chce się głośno krzyczeć. Ale co ty odkryłaś?
Taran patrzyła na nią oddychając szybciej, ale zanim zdążyła coś powiedzieć, uprzedził ją Villemann.
– Ja myślę, że szczęście to jest, kiedy człowiek wieczorem przed zaśnięciem jest zadowolony z dnia, który minął – oświadczył swoim. najgłębszym, „dorosłym” głosem.
– Bardzo pięknie to ująłeś, Villemannie – rzekła Theresa z powagą. – Chyba nigdy nie słyszałam bardziej odpowiedniego określenia szczęścia.
Chłopiec rozpromienił się, uśmiechnięty od ucha do ucha, pokraśniał z zadowolenia. Człowieka przepełnia radość, kiedy patrzy na to dziecko, pomyślała Theresa.
– No, a ty, Taran? Co ty chciałaś powiedzieć? – zwróciła się do wnuczki, która z niecierpliwością przestępowała z nogi na nogę.
