Niedługo jednak trwał tak w górze ponad lasem, mniej więcej na wysokości czubków drzew. Powoli pogrążał się w mroku, który wydawał się być tunelem, ponieważ na końcu majaczyło światło. Ale trudno mu było rozstrzygnąć, czy to tunel, spirala czy po prostu ciemna przestrzeń. Początkowo odniósł wrażenie, że wpada w tę ciemność w oszałamiającym pędzie. W następnej chwili znalazł się poza nią, otaczało go cudowne, bardzo łagodne, zabarwione na żółto światło, które odczuwał jak otulającą go wieczną miłość.

Ktoś wyłonił się z tego światła, powoli sylwetka stawała się wyraźna.

To Helga, matka Móriego.

Jak dobrze było znowu ją zobaczyć!

Helga nie przybyła sama. Za plecami matki mignęła Móriemu postać jego ducha opiekuńczego.

Ale to Helga szła mu na spotkanie, to ona wyciągała do niego ręce.

– Mamo – wyszeptał i znowu był tym młodym chłopcem, który, wbrew własnej woli, posłał ją na śmierć, ponieważ zakpił sobie z mężczyzn wiozących ich przez całą Islandię na sąd do Thingvellir.

Matka uśmiechnęła się do niego, on zaś zbliżył się, by ująć jej dłonie. W tym momencie kątem oka zauważył, że duch opiekuńczy z niezadowoleniem i żalem potrząsa głową.

Helga natychmiast z westchnieniem rezygnacji cofnęła swoje ręce tak, by Móri nie mógł ich dotknąć. Obie kobiety coś do siebie szeptały ponad jego głową.

Ciemność miał teraz za sobą.

Nie, nie, ja chcę tutaj zostać, w tym cudownym świetle. Tu jest moje miejsce, nie oddawaj mnie, nie zdradzaj!

Ciemność podeszła jakby bliżej.

Móri odwrócił się, gdy poczuł, że ktoś kładzie mu rękę na ramieniu.

– Chodź, synu – usłyszał głęboki, poważny głos ojca, Hraundrangi – Móriego.

Dlaczego pozwoliliście mi to zobaczyć, skoro nie mogę tu zostać, myślał Móri z goryczą. Wiedział, że wszyscy ludzie, wszystkie żyjące istoty, są przenoszone do tego wielkiego światła. Tylko on nie, i jego ojciec, i jeszcze kilku innych.



8 из 180