
Naturalnym środowiskiem Dixona byty właściwie ziemskie piwiarnie i knajpy. Tam, odziany w mundur koloru khaki, donośnym, wojowniczym głosem mógł zamawiać drinki i obserwować swych kompanów od kieliszka wąskimi, niebieskimi-jak-metal-spluwy oczami. Wyjaśniał im niedbałym, pogardliwym nieco tonem, różnice pomiędzy iglicowcem Sykesa i Coltem Trójpunktowcem; pomię d zy marsjańską zarazą czułkową a wenusjańską askomią. Mówił, co trzeba czynić, gdy rannareański pancerożec zaatakuje cię nagle w gęstwinie, i jak odeprzeć nieoczekiwaną napaść skrzydlatych połysklic.
Niektórzy traktowali Dixona jako skończonego kłamcę, choć byli ostrożni z wypowiadaniem swoich sądów. Zdaniem innych, był to porządny facet — wbrew jego własnemu o sobie mniemaniu. Był po prostu zupełnie szczery — i dlatego jedynie śmierć lub kalectwo mogły tę skazę usunąć…
Dixon bezgranicznie wierzył w potęgę broni. W jego kategoriach myślenia zwycięstwo amerykańskiego Zachodu nad Indianami było po prostu wygrana Colta 0,44 w pojedynku z łukiem i strzałą. Afryka? Włócznia przeciw strzelbie. Mars? Colt Trójpunktowiec przeciwko nożownicy. Fakt — bomby H skaziły i zniszczyły miasta, ale terytorium zdobywali pojedynczy ludzie, wyposażeni w lekką broń osobistą. Czemuż więc miałby wnikać w mętne aspekty ekonomiczne, filozoficzne czy polityczne, skoro wszystko było tak proste?
Jego zaufanie do BRONI nie mia ło granic.
Spojrzał za siebie i dostrzegł, jak do początkowej trójki dołączyło jeszcze z pół tuzina wiłkokształtnych istot. Szły już teraz otwarcie, nie kryjąc się, wywaliwszy na wierzch jęzory i stopniowo zmniejszając dystans.
Postanowił wstrzymać się z otwarciem ognia. Niech odległość jeszcze się zmniejszy. Efekt zaskoczenia powinien być wtedy większy.
Robił już wiele rzeczy. Byt poszukiwaczem, myśliwym, szukał złóż minerałów i ropy, był asteroiderem. Wyglądało jednak na to, że fortuna go unika. Inni jemu podobni natykali się na opuszczone miasta, łowili rzadkie okazy albo znajdowali złoża kruszców. Dixon jednak akceptował ciążące nad nim fatum pełen dobrych myśli. Cholerne szczęście! Cóż miał jednak zrobić? Teraz był radiooperatorem kontrolującym automatyczne stacje sygnałowe na nie zajętych planetach.
