
Ale jeszcze ważniejsze było to, że tu, w warunkach polowych, poddawał ostatecznej próbie nowa broń ręczna. Jej wynalazcy liczyli na to, że BROŃ stanie się kosmicznym standardem. Dixon żywił nadzieję, że i on coś na tym zyska.
Dotarł do skraju wilgotnej, mrocznej puszczy. Statek znajdował się jakieś dwie mile stąd, na małej polance. Kiedy wszedł w ponury cień lasu, usłyszał podniesione piski drzewaków. Miały pomarańczowe i niebieskie futerka; zwisając z wierzchołków drzew, z uwagą, bacznie go obserwowały.
„Wszystko tu iście afrykańskie” skonstatował. Liczył na to, że napotka tu jakaś grubą zwierzynę, jakieś znośne trofeum — jedno czy dwa…
Dzikie psy za jego plecami podeszły już na jakieś dwadzieścia jardów. Były szare lub brązowe, wielkości terierów, ze szczękami hien. Niektóre gwałtownie dawały nura w poszycie, pędząc przed siebie z zamiarem odcięcia mu drogi.
Nadszedł czas, by pokazać, co potrafi BROŃ.
Wyjął ją z kabury. Z grubsza miała kształt pistoletu i spory ciężar. Oprócz tego była nienajlepiej wyważona konstruktorzy obiecali zredukować jej masę i ulepszyć rękojeść w następnych modelach. Ale Dixon lubił ją taką, jaka była.
Podziwiał ją przez chwilę, potem odbezpieczył i nastawił przełącznik na ogień pojedynczy.
Sfora pędziła teraz susami w jego kierunku, kaszląc i warcząc. Dixon niedbale wycelował i nacisnął spust.
BROŃ cicho mruknęła. Przed nim, na przestrzeni jakichś stu jardów, wycinek lasu po prostu znikł.
To był skutek odpalenia pierwszego dezintegratora. Z otworu lufy o średnicy nie większej niż cal wiązka promieni rozszerzyła się na kształt stożka do średnicy dwunastu stóp, wykrawając w lesie lejkowata pustkę — wewnątrz nie było nic. Drzewa, trawy, owady, krzaki, dzikie psy, motyle — wszystko zniknęło. Obwisłe konary i gałązki, których dosięgła bezgłośna eksplozja, wyglądały jak obcięte gigantycznym ostrzem.
